
Tysiące ludzi na ulicach Los Angeles i innych amerykańskich miast protestują przeciwko uniewinnieniu George'a Zimmermana. To ochroniarz, którego oskarżono o zabicie czarnoskórego nastolatka Trayvona Martina. Jednak tak naprawdę protesty mają głębsze podłoże, to sprzeciw przeciwko wciąż obecnym podziałom rasowym. Niemal 150 lat po zniesieniu niewolnictwa i 50 lat po słynnym "I have a dream" Martina Luthera Kinga w Ameryce Afroamerykanie nadal są traktowani gorzej niż biali.
REKLAMA
Od ogłoszenia w sobotę wyroku w sprawie Georga Zimmermana na ulice amerykańskich miast wyszły tłumy ludzi, których oburzyła decyzja ławy przysięgłych. W większości miast protesty przebiegały pokojowo, ale w Oakland nie było już tak delikatnie – wybijano szyby w urzędach i palono flagi. "Gdyby Zimmerman był czarny, a Martin biały, to już dawno siedziałby w więzieniu" – stwierdziła 18-letnia Leona, mieszkanka Sanford, gdzie doszło do zabójstwa. Koleżanka Trayvona, Rachel Jeantel oceniła sytuację jeszcze ostrzej: "To było rasistowskie. Bądźmy szczerzy, to było rasistowskie". I to oddaje sedno problemu – proces Zimmermana przywołał na nowo napięcia rasowe w USA.
Późnym wieczorem 26 lutego 2012 roku 17-letni Trayvon Martin, czarnoskóry mieszkaniec Sanford na Florydzie, postanowił odwiedzić swojego ojca. Ten mieszkał na zamkniętym osiedlu, którego strzegła obywatelska milicja złożona z mieszkańców. Ich dowódcą był George Zimmermann, 28-letni Amerykanin latynoskiego pochodzenia. Mężczyzna strzelił do chłopaka, który miał go zaatakować. Inaczej uznał prokurator, oskarżając Zimmermana o bezpodstawne zabicie Martina. Latynosowi zarzucano rasizm, wypominając mu częste telefony na policję i zgłaszanie niebezpiecznych rzekomo czarnoskórych nastolatków.
O rasizm oskarżono także ławę przysięgłych, która zdecydowała o uniewinnieniu Zimmermana. Proces był bardzo skomplikowany i nieoczywisty, ale w oczach opinii publicznej ważniejsze niż dowody są kwestie rasowe. Dodatkowe kontrowersje wywołał też fakt, że zaledwie jedna z sześciu członkiń ławy przysięgłych była przedstawicielką mniejszości (i to latynoskiej, nie afroamerykańskiej). Dlatego protestujący w równym stopniu co w sprawie samego procesu, protestują też przeciwko dyskryminowaniu czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych.
Wydawać by się mogło, że wybór Baracka Obamy na prezydenta USA był ostatecznym symbolem podejścia Amerykanów do spraw rasowych. Niestety.
W badaniu instytutu Pew Research Center wyraźnie widać jak bardzo podzieleni są Amerykanie. Aż 88 proc. czarnoskórych uznało, że są dyskryminowani. Z tą opinią zgodziło się tylko 57 proc. białych Amerykanów. A to wszystko 148 lat po przyjęciu 13. poprawki, która zniosła niewolnictwo i dokładnie pół wieku po słynnym wystąpieniu Martina Luthera Kinga przed waszyngtońskim pomnikiem Abrahama Lincolna.
W badaniu instytutu Pew Research Center wyraźnie widać jak bardzo podzieleni są Amerykanie. Aż 88 proc. czarnoskórych uznało, że są dyskryminowani. Z tą opinią zgodziło się tylko 57 proc. białych Amerykanów. A to wszystko 148 lat po przyjęciu 13. poprawki, która zniosła niewolnictwo i dokładnie pół wieku po słynnym wystąpieniu Martina Luthera Kinga przed waszyngtońskim pomnikiem Abrahama Lincolna.
W Stanach nadal czarnoskórzy są w gorszym położeniu niż biali. Wystarczy spojrzeć na klasę polityczną, która wciąż jest zdominowana przez białych protestantów w średnim i starszym wieku. Za wyborem Obamy nie poszła zmiana na niższych stopniach władzy. Amerykańskie agencje rządowe nadal w większości zatrudniają niemal wyłącznie białych. Za przykład może służyć tutaj chociażby agencja kosmiczna NASA. Czarnoskórzy Amerykanie przekonują, że to właśnie aparat państwa utrwala rasowe stereotypy.
Doskonale ujął to Paul Haggis, reżyser "Miasta Gniewu". Film otwiera kłótnia po stłuczce samochodowej, w której jedną z pierwszych gróźb, jaką wypowiada biała kobieta jest "zaraz dzwonię po urząd imigracyjny". W filmie rasowe nieporozumienia i wzajemna nienawiść prowadzą w końcu do zabójstwa nastoletniego chłopca. Przykładów jest więcej. Jedną z ważniejszych scen w filmie jest brutalnie przeprowadzana kontrola policyjna na czarnoskórej kobiecie.
Chociaż w filmie zawsze rzeczywistość miesza się z fikcją, obraz Haggisa jest bardzo sugestywny. – Proszę pamiętać, że filmy są robione przez bogatych ludzi z Beverly Hills, którzy niewiele wiedzą o świecie poza swoją dzielnicą – zastrzega Bartosz Węglarczyk, zastępca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej" i były korespondent "Gazety Wyborczej" w USA. – Ale rzeczywiście mamy wiele przykładów brutalnych zachowań policji. Wystarczy wspomnieć zamieszki z 1992 roku po uniewinnieniu czterech policjantów z Los Angeles, którzy brutalnie pobili czarnoskórego taksówkarza. Ale to co lubię w Ameryce, to fakt, że oni potrafią otwarcie mówić o swoich błędach. Po zamieszkach w tamtejszej policji dokonano naprawdę wielu zmian i zadbano, by taka sytuacja się nie powtórzyła – relacjonuje Węglarczyk.
Rzeczywiście tzw. powstanie Rodenya Kinga (tak nazywał się pobity taksówkarz) wstrząsnęła amerykańską opinią publiczną. Przez sześć dni czarnoskórzy mieszkańcy Los Angeles protestowali przeciwko dyskryminacji, jednocześnie okradając sklepy, niszcząc witryny, dokonując pobić, a nawet zabójstw. Zginęły wtedy 53 osoby.
Jednak aby zmienić pozycję czarnoskórych trzeba nie jednorazowego wstrząsu, ale wieloletniego procesu zmian społecznych. – Starsi Amerykanie pamiętają jeszcze czasy segregacji rasowej, kiedy czarny nowojorczyk nie mógł jechać na wakacje do Mississippi – zauważa Węglarczyk. Jego zdaniem dzisiaj te podziały rasowe są wzmacniane przez podział na biednych i bogatych.
– Ci pierwsi to głównie Afroamerykanie. Czarni stanowią małą część w agencjach rządowych czy wśród prezesów korporacji. Mamy błędne koło, bo żeby dostać dobrą pracę trzeba mieć wykształcenie. A do tego potrzebne są pieniądze, których czarni nie mają. Więc nie zdobywają wykształcenia i tkwią w biedzie. Sukcesy odnoszą w sporcie, bo żeby zostać koszykarzem nie trzeba mieć pieniędzy – tłumaczy dziennikarz.
Akcja afirmatywna, dzięki której czarnoskórzy mają łatwiejszy dostęp do edukacji na wyższym poziomie na pewno pomoże wyrównać szanse w dostępie do dobrych miejsc pracy. Ale dopóki nie zmieni się świadomość ludzi, będzie dochodziło tragedii takich jak śmierć Trayvona Martina. Bo poza tym, że rasizm to system, rasizm to również postawa jednostek. A tę zmienić trudniej niż przepisy.
