Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta  

17,5 tys. zł musi zapłacić Wrocławski Park Wodny za informacje, rozwieszone w szatniach - zdecydował UOKiK. Okazuje się, że jeśli zginie nam coś z płaszcza, możemy zażądać odszkodowania od właściciela obiektu.

REKLAMA

Informacje o tym, że szatnia nie odpowiada za nasze rzeczy to zmora wszystkich klubowiczów, osób odwiedzających biblioteki i teatry. Komu nie zdarzyło się wytrząsać z kieszeni pieniędzy, telefonów, pakować do torebki laptopa i odtwarzaczy muzyki? A i tak chyba każdy obawiał się sytuacji jak z "Misia", kiedy szatniarz przyznaje: "Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?".

Kierownik szatni musi zapłacić

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta obala jednak mit, że za "rzeczy pozostawione w szatni, właściciel obiektu nie odpowiada". Za rozwieszenie takich informacji właśnie ukarał wrocławski basen. Park wodny musi zapłacić 17,5 tys. zł, bo - zdaniem instytucji - wprowadzał klientów w błąd.

- Wywieszenie ogłoszenia o takiej treści jest niezgodne z prawem, ponadto nie zwalnia przedsiębiorcy z odpowiedzialności za pozostawioną odzież - poinformowała rzeczniczka instytucji, Małgorzata Cieloch.

Jak przypomina UOKiK, w chwili kiedy oddajemy do szatni ubrania, zawieramy z właścicielem umowę. - Podmiot prowadzący szatnię zobowiązuje się do zachowania w stanie nienaruszonym rzeczy oddanej na przechowanie - informuje rzeczniczka instytucji. Co więcej: szatnia ma obowiązek zadbać o nasze rzeczy nawet wtedy, gdy nie jest płatna.

Jak się okazuje, sprawa z "Misiem" nie ma aż tak niewiele wspólnego. O tym, że właściciel lokalu odpowiada za nasze rzeczy zdecydował już w 1977 Sąd Najwyższy, badając sprawę rodem z filmów Barei:

Społem odwoływał się od decyzji, ale SN ostatecznie przyznał rację sądowi rejonowemu.

Gdzie szukać sprawiedliwości?

Mariusz Prasał, rzecznik Wrocławskiego Parku Wodnego, zapewnia, że po sugestiach UOKiK kartki zostały zdjęte, a kwestionowane przez kontrolerów przepisy regulaminu - poprawione.

Podobne informacje są jednak na porządku dziennym w wielu innych instytucjach - można je zobaczyć w przychodniach, bibliotekach, klubach, a nawet instytucjach publicznych. Wszystkie takie przypadki można zgłaszać do UOKiK.

A co zrobić, kiedy z szatni mimo wszystko coś nam zginie? Zapytaliśmy stołecznego Rzecznika Praw Konsumenta, Małgorzatę Rothert. - Zdecydowanie można zgłosić się do rzecznika. Do urzędu można przyjść osobiście, zadzwonić lub wyjaśnić w e-mailu, czego dotyczą zarzuty wobec przedsiębiorcy - mówi w rozmowie z naTemat.pl.

Rzecznik przyznaje jednak, że do tej pory żadnej skargi związanej z szatniami nie zgłoszono, mimo że tylko w Warszawie o swoich problemach informuje 26 tys. osób rocznie.