Jak wygrać wojnę ze złodziejami rowerów? Prowokować ich!

Prowokacje sposobem na złodziei rowerów?
Prowokacje sposobem na złodziei rowerów? Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Każdego roku słychać to samo wezwanie: "zatrzymać złodziei rowerów!". I każdego roku przegrywamy… Być może dlatego, że na wojnie ze złodziejstwem potrzeba bardziej radykalnych środków. Na przykład takich jak obywatelskie i policyjne prowokacje, które próbują zainicjować mieszkańcy Wrocławia.

"Na kilku wrocławskich osiedlach dobry rower ginie w ciągu kilku godzin. Są miejsca, w których czas możemy liczyć dosłownie w minutach" – skarży się w serwisie Pokazywarka.pl Marcin Feusette, jeden z pomysłodawców prowokacji, która ma popsuć humory złodziei rowerów we Wrocławiu.

Pomysł jest prosty i wypróbowany wcześniej w Trójmieście. Zostawiamy rower w publicznym miejscu, niezabezpieczony przed kradzieżą. Można odkręcić nieco piasty, tak, by ten, kto się na sprzęt połakomi, mógł ujechać na nim nie więcej niż kilkadziesiąt metrów. Potem czekamy na złodzieja i z ukrycia nagrywamy, jak próbuje oddalić się z łupem. W końcu wzywamy policję i mamy złodzieja na gorącym uczynku.

"Akcja oczywiście w pełni legalna. Będziemy współpracować z policją i lokalnymi mediami. Dokonamy obywatelskiego aresztowania i delikwentów oddamy policjantom. (…) Rowery mamy tak przygotowane, aby ich wartość zapewniała maksymalny wymiar kary" – pisze Feusette.


Sądząc po internetowej reakcji, chętni do udziału w tym eksperymencie na pewno się znajdą. To gest rozpaczy, bo policja przegrywa walkę ze złodziejami. Choć od kilku lat w wielu miastach spada liczba kradzionych jednośladów, to za taką tendencję odpowiadają nie funkcjonariusze, a sami rowerzyści, którzy coraz lepiej zabezpieczają swój sprzęt. Z kolei ci pierwsi rzadko łapią na przestępców gorącym uczynku, a jeszcze rzadziej odzyskują porwane rowery.

"Złodzieje rowerów w Polsce są łapani niemal wyłącznie w sytuacjach, gdy obywatel sam znajdzie złodzieja, zatrzyma go i po prostu wezwie policję" – zwraca uwagę Feusette.


Jasne, nikt nie oczekuje od policjantów, że dotknięciem magicznej różdżki wyczyszczą ulice ze złodziei, albo że będą patrolować w okolicy zaparkowanych przy sklepach i urzędach rowerów. Tyle że repertuar dotychczas stosowanych środków nie zdaje egzaminu. Specjalne oznakowanie, które oferują na komendach na przykład warszawscy funkcjonariusze, może i pomaga w odnalezieniu skradzionego sprzętu, ale trzeba przecież przeciwdziałać złodziejstwu, a nie nastawiać się na likwidowanie jego skutków.

Dlatego zrozumiała jest frustracja rowerzystów, którzy chcą wziąć sprawy w swoje ręce. Zakładając, ze na danym obszarze działają seryjni złodzieje jednośladów, opisana wyżej prowokacja może skutecznie zniechęcić ich do dalszej "działalności". Zasada jest prosta: jeśli zaczną się bać, przestaną kraść!

Policja powinna nie tylko odpowiedzieć na taką obywatelską inicjatywę i pomóc w jej realizacji, ale sama zacząć łapać złodziei w podobne pułapki. Kilka prowokacji każdego dnia w kilku losowych miejscach to przecież szybka droga do poprawy ukochanych statystyk.

Łukasz Przechodzeń
autor bloga rowerowe-porady.pl (wypowiedź dla naTemat.pl)

Pomysł jest bardzo ciekawy, ale mam jedną wątpliwość - kto ma to robić i za czyje pieniądze? Co jeśli na złodzieja trzeba będzie czekać kilkanaście godzin? Dobrze by było, gdyby obserwowało rower kilka osób, więc w ostatecznym rachunku może się okazać, że to mało opłacalna akcja. Co innego gdyby zamontować nadajnik GPS do takiego podstawionego roweru, najlepiej by jeszcze doprowadził do pasera.


Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...