![[url=http://www.shutterstock.com/dl2_lim.mhtml?src=pkUVpUIrFanOrgQAf3yLvw-3-23&id=147221312&size=small_jpg&submit_jpg=] Większości twoich znajomych i tak nie rozróżnia, jaką kawę im przygotujesz[/url]. Nie przepłacaj](https://m.natemat.pl/4bf98b559cf1e2a2143ef275c54c7d09,1500,0,0,0.jpg)
W dzisiejszym świecie wszystko musi być markowe. Albo wręcz odwrotnie - nie markowe, ale za to drogie. Cena jest dla nas pewnego rodzaju gwarancją: nie znam się, ale przynajmniej kupię sobie pewność, że to co noszę, jem, czytam, piję jest dobre. Serio? Podajcie kiedyś znajomym kawę z marketu. Tyle, że w ładnej puszce.
REKLAMA
Maryśka, moja znajoma, pracuje w drogiej warszawskiej knajpie. Na każde spotkanie przynosi podobną historię: grupa garniturów przychodzi na obiad. Maryśka poleca im wino, oni zaczynają przekrzykiwać się innymi nazwami. W końcu Maryśka słyszy, że w ogóle się nie zna. Klienci zamawiają wino według swojego pomysłu, zwykle droższe. Okazuje się, że nie starczy go na tyle kieliszków, ile zamówili. Więc obsługa restauracji do kilku nalewa innego (zwykle tego, które polecali). Nagle wszyscy cmokają, a Maryśka słyszy: pyszne, dobrze, że pani nie posłuchaliśmy.
Inna moja znajoma cały wolny czas poświęca na kupowanie zdrowych, dobrych eko-warzyw. Kiedy zbierałam materiały do tekstu o lansiarskich bazarach, spotkałam ją na każdym. Przyjeżdżała kupować zioła, marchewki i sałaty prosto od producentów. Ja też kiedyś spróbowałam. Mój portfel, gdyby mógł, zapłakałby.
Bo my, mieszczuchy tak mamy. W obawie przed taniochą omijamy dyskonty, odpuszczamy kupowanie produktów marki marketowej. Wyciągamy kartę, drżąc z obawy, że ktoś zauważy, że w portfelu zostały nam same drobne (z których oczywiście uskładałaby się ta dycha na kawę). Śmieszy Was to? Oburza? Serio, przyjrzyjcie się kiedyś z ukosa waszym znajomym.
Wśród nas, aspirujących 25-35-latków panuje kult drożyzny. Daliśmy sobie wmówić, że drogie jest zdrowsze, smaczniejsze, po prostu lepsze. Mimo że niejednokrotnie nie poczulibyśmy nawet różnicy sięgając po coś z niższej półki. Mamy kasę, więc możemy udawać znawców.
Proponuję sięgnąć po remedium, które sama serwuję moim znajomym. Choćby M., który jest fanem angielskiej herbaty. Niczym lord gotuje wodę, rozgrzewa garnek, wsypuje do niego herbatę, której kilogram kosztuje tyle, co moje miesięczne obiady, zalewa wrzątkiem. Później siada i delektuje się niepowtarzalnym smakiem. U mnie w domu dostaje herbatę w torebkach. Czasem lepszych, ostatnio (odkąd przepakowujemy je w ładne opakowania) trochę gorszych. Nie raz słyszałam już, kiedy M. przyznaje, że nasza herbata "co prawda jest w torebkach, ale za to bardzo jest porządna". Jeszcze chwilę potrzymam go w nieświadomości tego, że pije najzwyklejszą taniochę.
Nie myślcie sobie, że to mój autorski sposób. Jakiś czas temu ze mnie samej okrutnie zakpiono. Mój współlokator przywiózł z wyprawy do Meksyku kilka opakowań dobrej, lokalnej kawy. Jej smak trudno było porównać z czymkolwiek, co do tej pory zdarzyło mi się pić w Polsce – taki głęboki, orzechowy, smaczny. Kawa była tak wyjątkowa… że nie zauważyłam, kiedy nasza domowa puszka na czarny proszek wypełniła się kawą za dychę (tyle, że faktycznie niezłą).
Ilość żartów, których musiałam wysłuchać ze strony współlokatora zmotywowała mnie do poszukiwania prawdziwej jakości. I słusznie – okazało się, że droga kawa w zasadzie niewiele (poza ceną) różni się od zdecydowanie tańszej – tak, tej z najniższej półki. A żeby napić się już naprawdę dobrej, trzeba zamówić ją od znajomych, którzy wyjeżdżają na wakacje do Włoch (cenowo wychodzi zresztą podobnie, jak polskie marki marketowe). Nauczyłam się, że warzywa najlepsze są na giełdzie w Broniszach, a nie u Pana Warzywka na Le Targu. Że bagietki z "francuskich" kawiarenek na Nowym Świecie są tylko trochę lepsze od marketowych (za to o dwie klasy droższe) i 5 zł lepiej wydać na chleb żytni z lokalnej piekarni. I tak dalej.
Wam też radzę znaleźć w sobie podobną odwagę i sięgnąć na niższe półki. Ja zrozumiałam, że w dzisiejszych czasach cena przestała już być wyznacznikiem jakości, a zaczęła – dobrego marketingu. I dziś mogę krzyknąć: niech żyje taniocha!
