
W ten weekend rusza uznawana za najlepszą ligę świata – angielska Premier League. Dominic Fifield od wielu lat relacjonuje najważniejsze mecze piłkarskie na Wyspach. Pracował przy Liverpoolu, teraz pisze o Chelsea. Jest także jednym z korespondentów "Guardiana" przy reprezentacji kraju. W rozmowie z nami opowiada o tym, jak wygląda bliska praca z piłkarzami, których wielbią miliony osób na całym świecie.
REKLAMA
Dominic Fifield: Wyobraź sobie, że drużyna którą śledzisz przegrała mecz na wyjeździe. Właśnie ich skrytykowałeś w swoim tekście. Napisałeś, że ich gra była beznadziejna, że przypominali bandę amatorów. Ani jednego pochlebnego słowa. Byłbyś zresztą kłamcą, gdybyś napisał o nich inaczej. Inni dziennikarze zrobili to samo. Jednak wracacie tym samym samolotem. Cała drużyna już siedzi na swoich miejscach. Oni już są zdołowani wynikiem, a ty, jako ten, który ich dobija musisz się z nimi zmierzyć przechodząc przez samolot lub autobus. Patrzą na ciebie i zastanawiają się, co o nich napisałeś. To najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć w naszej pracy. Z innymi dziennikarzami nazywamy to pochód wstydu.
Zawsze tak jest?
Często. Choć zdarzają się też inne dziwne chwile. Pamiętam, jak Chelsea wyeliminowała Barcelonę z pucharu. Mieli zagrać w finale, ale bez Johna Terry'ego, który miał w nim nie wystąpić przez czerwoną kartkę. Na samym przodzie samolotu siedział Frank Lampard z Terrym. Pierwszemu gratulowaliśmy, drugiemu składaliśmy wyrazy współczucia. To było dziwne.
A zdarzają się konfrontacje podczas takich lotów?
Między piłkarzami nie. Jednak między dziennikarzami a piłkarzami dochodzi do takich spięć. Mnie się to nigdy nie przytrafiło, ale byłem świadkiem tego, jak rozwścieczony zawodnik kłócił się z którymś z moich kolegów. Po jakimś czasie to rozchodzi się po kościach i takie osoby podają sobie rękę, ale fakt – zdarza się, że bywa dziwnie.
Ale byłeś świadkiem radosnych chwil?
Kilka by się zebrało (śmiech). Te najbardziej pamiętne są rzecz jasne powroty po finałach. Już trzy razy wracałem ze zwycięską drużyną z europejskim pucharem. Trofeum wędrowało wzdłuż i wszerz samolotu, każdy robił sobie z nimi zdjęcia. Najpierw byłem na pamiętnym finale, kiedy Liverpool wygrał z Milanem i Jerzy Dudek dał swój show przy rzutach karnych. Dwukrotnie wracałem z Chelsea, klubem, do którego od kilku lat jestem przypisany. To było niesamowite przeżycie móc zobaczyć to, czego oczy innych nigdy nie ujrzą.
Dzięki temu nawiązałeś jakieś lepsze relacje z piłkarzami?
Można tak powiedzieć. Z kilkoma zawodnikami utrzymuję kontakt, ale są to relacje poufne. Nie chcę, by wszyscy wiedzieli, skąd czerpię informacje. Każdy dziennikarz tu tak ma. Jeśli wyjdzie historia, to mniej więcej wiemy, kto dał cynk. Jednak nie chcemy, by kluby dowiedziały się o naszych informatorach. Spalilibyśmy nasze źródło dochodów.
A ty z kim wymieniasz się sms-ami?
Nie mogę powiedzieć. Takie informacje zawsze wracają. Nawet z Polski. Powiem tylko tyle, że o wielu sprawach mówią nam nie tylko zawodnicy, ale także sztab szkoleniowy. Każdy klub ma trenerów od różnych rzeczy: przygotowanie fizyczne, taktyka, można by w kółko wymieniać. Oni są bardziej chętni do rozmów niż piłkarze i to często oni są źródłem przecieków. No i podobnie, jak piłkarze, też zmieniają kluby, więc masz informacje z kolejnego miejsca. Ostatnio jeden z moich informatorów przeszedł z Chelsea, do wielkiego, może i największego klubu świata. Sam się domyśl, co to za drużyna.
Czyli nie zdradzisz ani jednego informatora?
Nie. Jedni mają kontakty z Afrykańczykami, ja mam z francuskojęzycznymi piłkarzami. Jednak źródłem największych przecieków są agenci. Dlatego zawsze pojawia się tyle spekulacji transferowych.
Zawsze tak wyglądał świat dziennikarza z Premier League?
Nie, czasy się zmieniły. Kiedy zaczynałem w Liverpoolu ponad dekadę temu to starzy dziennikarze wspominali dawne czasy. Byli częścią drużyny. Wpadali do Melwood, gdzie mieści się ośrodek treningowy „The Reds”. Mieli tam dostęp do wszystkiego. Po treningu wypijali kawę czy nawet piwo z piłkarzami i trenerami. To była jedna wielka rodzina. Teraz czasy się nieco zmieniły, choć nie mogę do końca narzekać. Kluby rozumieją, że to gazety pierwsze generują informacje, dlatego dbają o nas i sami starają się nas wcześniej informować.
Ok, pracujesz przy wielkim klubie. Wcześniej Liverpool, teraz Chelsea. Jakie wygląda twój normalny dzień w pracy?
Rano dostaję telefon od wydawcy. Ustalamy co się dzieje i co mogę napisać. Jadę np. do ośrodka treningowego, gdzie jest umówiona konferencja. Czasami pogadam z piłkarzem. Jeśli jest jakaś akcja PR-owa to pojadę do centrum miasta. A w dniu meczowym oczywiście wiadomo – piszę raport meczowy.
Ale też musisz jeździć za nimi po całym świecie...
Tak. Bywa, że i trzy tygodnie jestem poza domem. Zwłaszcza podczas takich wyjazdów, jak chociażby tournée Chelsea po Azji. Wtedy pracuję prawie 24 godziny na dobę, od rana do wieczora. Nie mam za bardzo czasu na zwiedzanie. Jednak tak wygląda prawie całe moje życie. Nie mam wolnych weekendów, często w tygodniu mnie nie ma. Synowie mi rosną i coraz częściej się zastanawiają nad tym, czemu tatuś jest tak często poza domem. Na szczęście mam bardzo wyrozumiałą żonę. Ona rozumie, że ta praca stała się moim życiem. Jednak tylko w taki sposób dam radę nas utrzymać. Dlatego ostatnie lata żyje 24h/7 Chelsea. Ten klub stał się mną.
Mimo wszystko wielu ci pewnie zazdrości?
Na pewno. Trochę narzekam na brak czasu dla rodziny, ale mimo wszystko uwielbiam swoją pracę. Zwiedziłem sporo krajów. Obejrzałem wiele niezapomnianych meczów i byłem blisko ich bohaterów. Byłem na kilku turniejach z reprezentacją Anglii. Wielu dałoby się pokroić, by móc przeżyć to co ja.
Jesteś gwiazdą redakcji?
Rzadko tam bywam. Oczywiście mam tam swoich kumpli. Jednak moim miejscem pracy jest Chelsea. Tak więc można powiedzieć, że moimi kolegami z pracy są dziennikarze z konkurencyjnych tytułów. Poza tym praca redakcyjna, jak dla mnie bywa mało produktywna. Wpadasz tam i od razu czujesz się zobowiązany zamienić z każdym słowo zamiast szukać informacji. Więcej zdziałam dzięki mojej redakcji złożonej z kumpli z konkurencji niż siedząc w centrali.
Skoro tak, to zdarza się, że wymieniacie się informacjami?
Jak najbardziej. Choć każdy chce mieć ekskluzywny materiał, to często współpracujemy ze sobą. Jeśli jest coś ważnego o czym wszyscy powinni wiedzieć, to przekazujemy informacje dalej. Tak samo wymieniamy się swoimi spostrzeżeniami co do gry, czy zachowania danego zawodnika. Dzięki temu jesteśmy w stanie wyrobić sobie opinię o danej sytuacji.
Ok, siedzisz tyle lat przy danym klubie. Stajesz się ich kibicem?
Na pewno im dobrze życzę, ale nie kibicuję im. Mam swój ulubiony zespół, czyli Crystal Palace. Właśnie awansowali z powrotem do Premier League. Czasami pisałem o nich teksty, a na mecze Palace chodzę jako kibic. Dla mnie byłoby to zbyt emocjonalne, gdybym musiał ich oglądać i pisać raporty meczowe. Trzeba oddzielać pracę od pasji.
Na koniec wrócę do początku naszej rozmowy. Mówiłeś o wspólnych powrotach ze zwycięskimi ekipami. Jak świętują piłkarze po tak wielkim sukcesie? Zdarzało się, że popijałeś z nimi?
Wypiliśmy może jedno piwo. Mówię o nas, dziennikarzach. Co do piłkarzy, to chyba nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem na własne oczy pijącego zawodnika. Wiem, brzmi to śmiesznie, ale tak jest. Od tego, by szukać pijących piłkarzy są inni dziennikarze.
