Aż 20 proc. Polaków ma zaburzenia psychiczne. "Kobiety są płaczliwe, mężczyźni wolą się upić" [wywiad]

Aż 20 proc. Polaków ma [url=http://tinyurl.com/mjk3ch7]zaburzenia psychiczne[/url].
Aż 20 proc. Polaków ma zaburzenia psychiczne. Fot. Shutterstock
Z pomocy psychoterapeuty częściej korzystają kobiety, ale wcale nie dlatego, że są słabsze psychicznie. To u mężczyzn częściej diagnozuje się osobowość obsesyjno-kompulsywną i narcystyczną. Najbardziej "opornymi" zawodami wobec psychoterapii są nauczyciele, lekarze i księża. Sprawdziliśmy, na jakie zaburzenia psychiczne cierpią Polacy i jaką mają szansę na wyleczenie. – Depresyjne kobiety raczej czują się zdołowane, płaczliwe, bezsilne. Depresyjni mężczyźni będą się częściej upijać, wściekać, awanturować, ryzykownie jeździć autem – mówi psychoterapeutka.

Partnerem sekcji jest HBO

Psychoterapeuci uważają, że ich serialowe kreacje mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Przede wszystkim dlatego, że filmowcy mylą ich z psychologami i psychiatrami. O rzeczywistych zaburzeniach i problemach psychicznych Polaków rozmawiamy z naszą blogerką Mileną Karlińską-Nehrebecką, doświadczonym psychoterapeutą, psychologiem klinicznym i prezesem Polskiej Federacji Psychoterapii.


Z jakimi problemami Polacy najczęściej zgłaszają się do psychoterapeutów?

Milena Karlińska-Nehrebecka: Z niedawnych badań wynika, że w Polsce najczęściej mamy zaburzenia lękowe, depresyjne i związane z substancjami psychoaktywnymi (narkotykami i alkoholem). Odsetek osób z zaburzeniami sięga 20 proc. obywateli. Mam wątpliwości co do metodologii tego badania, więc wyniki potraktujmy jako wstępne. Porządne badania brytyjskie na dużej liczbie rzeczywistych pacjentów, wskazują, że powodem ich zgłoszeń na psychoterapię były kolejno: zaburzenia lękowe, depresyjne, problemy w związkach i w rodzinie, problemy spowodowane zażywaniem leków, zagrożenie samobójstwem lub samouszkodzeniem, trauma lub bycie nadużywanym, problemy bytowe, uzależnienia i zaburzenia jedzenia.

Z danych zebranych przez nas w Polsce dodałabym, że nieszczęścia chodzą trójkami, to znaczy, że większość pacjentów cierpi z powodu nie jednego, lecz trzech problemów, np. ktoś ma depresję, do tego trudności małżeńskie i kłopoty z dziećmi. Skądinąd połowa osób z objawami zaburzeń takich jak lękowe czy depresyjne itp., ma jeszcze do tego zaburzenia osobowości. Oznacza to, że zdecydowanie powinny być leczone psychoterapeutycznie, bo leki na zaburzenia osobowości nie pomogą.


Kto częściej trafia do terapeutów: dzieci, młodzież, starsi?

Najczęściej ludzie w sile wieku, 30-40 lat. I młodsi. Stosunkowo mniej jest osób po 60-ce. A niesłusznie, bo psychoterapia jest skuteczna wobec wszystkich grup wiekowych. W dodatku u osób w starszym wieku jest dużo bardziej wskazana niż leki, które są gorzej metabolizowane. Dzieci zasadniczo nie zgłaszają się z własnej woli się do psychoterapeuty, są przyprowadzane przez rodziców. Ale nasze doświadczenie kliniczne mówi, że aby pomóc dzieciom, psychoterapeuta musi pomóc rodzicom, bo problemy dzieci są pochodną problemów rodziców.

Po pomoc przychodzą chętniej kobiety czy mężczyźni?


Zdecydowanie częściej zgłaszają się kobiety. I tak jest i u nas, i w innych krajach. Zwykle to kobiety mają wyższe wyniki w testach objawowych. Ale, co ciekawe, gdy w pewnej grupie badawczej porównaliśmy wyniki jednego z testów objawowych w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Islandii, Norwegii, Austrii, Hiszpanii, Litwie, Słowacji i w Polsce, to kobiety wszędzie z wyjątkiem Polski wykazywały więcej objawów. Polki miały nawet minimalnie mniej objawów niż mężczyźni! Nie mam pojęcia skąd taka różnica.

Kobiety są słabsze psychicznie?

Na pewno nie można z faktu częstszego sięgania po psychoterapię wnioskować, że kobiety mają słabsze zdrowie psychiczne niż mężczyźni. Raczej wynika to z tego, że mężczyźni ogólnie mają słabszą świadomość swoich przeżyć, uczuć i cierpienia. I częściej rozładowują swój ból w działaniu, przez co jeszcze mniej wiedzą, że cierpią. Jeden z terapeutów niemieckich powiedział, że "mężczyźni biją, kobiety płaczą", pokazując w ten sposób, że każda płeć ma swój sposób wyrażania bólu i wściekłości.

Która płeć ma poważniejsze zaburzenia?

Każda płeć inaczej wyraża ból i cierpienie, ale obie mają go tyle samo. Depresyjne kobiety raczej czują się zdołowane, płaczliwe, bezsilne. Depresyjni mężczyźni będą się częściej upijać, wściekać, awanturować, ryzykownie jeździć autem. Niektóre zaburzenia osobowości częściej się rozpoznaje u mężczyzn, m.in. osobowość antyspołeczną (potocznie: psychopatię), obsesyjno-kompulsywną, narcystyczną, schizoidalną. U kobiet będzie to: osobowość borderline, histrioniczna i zależna.

osobowość histrioniczna – zaburzenie osobowości, w którym zachowanie zdominowane jest przesadnym wyrazem emocjonalnym, teatralnością, staraniami o zwrócenie na siebie uwagi i prowokacyjną seksualnością. CZYTAJ WIĘCEJ

osobowość zależna - zaburzenie osobowości, w którym występuje przesadna potrzeba bycia pod opieką, prowadząca do zachowań nacechowanych uległością oraz strachem przed opuszczeniem. CZYTAJ WIĘCEJ


Źródło: Wikipedia

Trzeba jednak zawsze pamiętać, że role kulturowe odgrywają tu sporą rolę. Osobiście uważam, że te same wewnętrzne doświadczenia są po prostu inaczej wyrażane przez kobiety, a inaczej przez mężczyzn, ale są obecne u obu płci. Przykładowo cechy antyspołeczne, takie jak brak sumienia i współczucia, mężczyźni wyrażają agresywnie wprost, m.in. napadając na ulicy, grożąc bronią, wszczynając burdy na stadionach, a kobiety częściej w sposób bardziej pasożytniczy, np. oszukując, kłamiąc, wykorzystując pomoc społeczną, biorąc lewe L-4 na całą ciążę, a będąc wtedy zdrowe jak ryba itd. Krótko mówiąc, w zaburzeniach i problemach psychicznych moim zdaniem mamy równouprawnienie, choć badania, które koncentrują się na symptomach i zachowaniach niekiedy wskazują coś innego.

Jaki wpływ na stan psychiczny ma wykonywana praca? Czy są zawody, które częściej trafiają na terapię?

Nie obserwuję większego wpływu zawodu na zachorowalność, ale na pewno więcej objawów psychosomatycznych mają ludzie pracujący na zmiany, albo mający dyżury, jak lekarze, czyli mający rozchwiane rytmy dobowe. Na zgłaszanie się na psychoterapię najbardziej wpływa wykształcenie ogólne – wykształcone osoby więcej wiedzą o psychoterapii i jakie szanse im ona daje. Sporą rolę odgrywa też miejsce zamieszkania – osoby ze wsi mają drastycznie ograniczoną dostępność psychoterapii. Gdy osoby mniej wykształcone trafiają do psychoterapeuty, to radzą sobie tak samo, jak wykształceni. Techniczni, tak samo jak humaniści. Ze wsi, tak jak z miasta. Bo zdolność do odniesienia korzyści z psychoterapii, którą można by nazwać refleksyjnością, nie jest związana z wykształceniem, czy zamieszkaniem, tylko z charakterem. Jeśli miałabym z własnej praktyki wskazać zawody, których przedstawiciele byli bardziej "oporni" wobec psychoterapii, byli to nauczyciele, lekarze i księża. Gdy teraz się zastanawiam, co ich łączy, to widzę profesje, gdzie jest tendencja do przybierania pozy autorytetu. Inaczej ujmując, ci co sądzą, że wszystko wiedzą najlepiej, mogą mieć mniejsze korzyści z psychoterapii.

Czy pacjenci, którzy trafiają do psychoterapeutów rzeczywiście wierzą, że ci mogą im pomóc?

Jeśli ktoś szuka psychoterapeuty, zwykle robi to właśnie dlatego, że ma nadzieję, że ten mu pomoże. I tak się dzieje, jeśli uda się do psychoterapeuty, a nie kogoś, kto go imituje, np. psychologa, doradcy czy psychiatry. Niekiedy ta wiara i determinacja pacjenta sprawi, że nawet i psycholog mu pomoże. Wiara jest więc bardzo ważna. Można się spodziewać, że 80 proc. pacjentów prawdziwych psychoterapeutów doświadczy wyraźnej poprawy albo całkowitego wyleczenia. To dużo.

Inaczej jest z tymi, którzy u psychoterapeuty zjawiają się pod naciskiem bliskich albo skierowani przez mądrego lekarza, ale niemający poczucia, że chcą coś zrobić ze sobą. Niektóre badania wskazują, że jest ich nawet 40 proc. Część z tych osób, dzięki wyjaśnieniom psychoterapeuty, orientuje się, że właśnie psychoterapii szukali. A część z nich, z pomocą psychoterapeuty, może wyraźniej zobaczyć z czym ma kłopot (np. z bliską osobą). Również może zrozumieć, że nie chce zmiany, albo jeszcze teraz jej nie chce. Jak w tej modlitwie: "spraw Panie Boże, bym więcej nie grzeszył, ale... jeszcze nie teraz". I żegnają się z psychoterapeutą. Bywa, że po jakimś czasie powracają, ale już z własnej potrzeby. I wtedy odnoszą korzyści.

Czyli przyprowadzenie kogoś do gabinetu za rękę jest bez sensu?

Nie można nikomu "zrobić psychoterapii" wbrew jego woli. Można zrobić przymusową diagnozę psychiatryczną albo psychologiczną, ale psychoterapii nie można, ani nie wolno prowadzić pod przymusem. Niektórzy początkujący psychoterapeuci próbują – i ponoszą nieuchronną klęskę. A jest tak dlatego, że pracę w psychoterapii wykonuje pacjent. To on podejmuje wysiłek, psychoterapeuta mu w tym jedynie pomaga. To jest trochę jak z karmieniem – najlepszy kucharz nie może za kogoś zjeść posiłku. Może zaoferować, zachęcić, przygotować zdrowe i atrakcyjne potrawy, ale jak z większością ważnych rzeczy w życiu – każdy musi je skonsumować sam. Ta niezbędna dobrowolność często jest nierozumiana przez polityków, lekarzy czy rodziny osób mających problemy. Politycy wymyślają przymusową psychoterapię pedofilów albo przymusowe leczenie chorób psychicznych czy uzależnień. Jest to wyrzucanie pieniędzy podatnika w błoto.

Czy problemy polskich pacjentów odbiegają od tych, z którymi zmagają się ci na Zachodzie?

Raczej nie, ale dla polskiego pacjenta nieporównywalnie większym problemem jest sam dostęp do psychoterapii. Polska jest na szarym końcu Europy, jeśli chodzi o dostępność opieki psychoterapeutycznej w ogóle. Gorzej mają tylko obywatele Rumunii, Rosji, Macedonii, Litwy i Ukrainy. Mamy dziesięć razy gorszą opiekę psychoterapeutyczną, niż najlepsza w Europie Austria. I dwa razy gorszą niż Kosowo. A z dostępnością psychoterapii w ramach ubezpieczenia zdrowotnego (w NFZ) jest jeszcze gorzej. Dlatego polscy profesjonalni psychoterapeuci nalegają na austriacki model ustawowego uregulowania psychoterapii.

Jak wygląda ten model?

Ustawa austriacka oddziela zawód psychoterapeuty od innych zawodów, definiuje jako zawód zaufania publicznego i chroni prawnie tytuł psychoterapeuty. O wszystkich sprawach psychoterapii decyduje Rada Psychoterapii przy Kanclerzu. Rada w żaden sposób nie podlega lekarzom, składa się z reprezentantów wszystkich akredytowanych instytucji szkolących i jest czymś na kształt parlamentu psychoterapeutycznego. Uprawnienia zawodowe maja psychoterapeuci certyfikowani przez owe akredytowane instytucje i wpisani do Rejestru. Jest limit wieku – nie można mieć niezależnej praktyki przed 28. rokiem życia. Całe szkolenie trwa 3215 godzin i składa się z teorii, szkolenia warsztatowego, staży klinicznych, własnej psychoterapii, praktyki superwizowanej i wielu egzaminów. Efekty? W Austrii dzięki tej ustawie, dostępność opieki psychoterapeutycznej poprawiła się 7-krotnie, a liczba samobójstw spadła 3-krotnie. Więc zamiast ponad 4000 spodziewalibyśmy się 1300. Warto. Dlatego też domagamy się, by zawód psychoterapeuty był wolny od jurysdykcji lekarzy i znalazł się pod patronatem Ministerstwa Pracy.

W jakim procencie pacjenci, którzy trafiają do psychoterapeutów, kierowani są do psychiatrów, są leczeni na zaburzenia psychiatryczne?

To dobre pytanie. Nie ma czegoś takiego jak odrębne zbiory zaburzeń psychologicznych i psychiatrycznych. Są jedne zaburzenia psychiczne, opisane przez systemy diagnostyczne ICD i DSM, oba stosowane w Polsce. Zawodowy psychoterapeuta jest przygotowany do leczenia pełnego zakresu zaburzeń psychicznych metodami psychoterapeutycznymi. Owszem, niektórzy psychoterapeuci mają szczególną skuteczność z określonymi zaburzeniami, np. depresją, czy zaburzeniami jedzenia. Ale psychoterapeuta jest przygotowany do pomagania każdemu pacjentowi, czy ma on depresję, uzależnienie, czy psychozę. I tego od niego oczekujemy, tak jak od chirurga oczekujemy, że wyleczy i rękę i nogę, a nie jedynie lewe nadgarstki. Psychiatra z kolei jest przygotowany do oddziaływania na objawy zaburzeń psychicznych metodami biologicznymi: lekami, fototerapią, elektrowstrząsami, psychochirurgią etc. Na ile skutecznie – to temat rzeka. Wiedza, co jest propagandą, a co rzeczywiście naukowo udowodnionym działaniem leków, jest jeszcze mniej upowszechniona, niż wiedza o psychoterapii.

W psychoterapii nie wykorzystuje się leków?

Niekiedy psychoterapeuci kierują pacjentów do psychiatrów, a niekiedy psychiatrzy do psychoterapeutów, obie grupy zwykle wtedy, kiedy nie mogą sobie poradzić z pacjentem. Psychoterapia lepiej przebiega, kiedy działanie układu nerwowego nie jest upośledzane. Dlatego w naszym Instytucie gdy potrzeba, pomagamy pacjentom znaleźć psychiatrę lub innego lekarza, ale zasadniczo nie podejmujemy się prowadzenia psychoterapii pacjentów będących pod wpływem substancji psychoaktywnych – leków psychotropowych, narkotyków czy alkoholu. Nie chcemy narażać ich na koszty nieskutecznej psychoterapii, jest to dla nas kwestia etyki zawodowej.

Badania naukowe pokazują, że psychoterapia jest skuteczna sama w sobie. Leki powodują częstsze nawroty zaburzeń, drastyczne skutki uboczne, zaburzenia seksualne, demencję, samobójstwa, zaburzenia psychiczne i nie rozwiązują problemów, a psychoterapia na odwrót. To właśnie psychoterapia powinna być leczeniem z wyboru w obszarze zdrowia psychicznego, jako podstawowa opcja. Zaś leki powinny być proponowane, jako szybko działający środek dla tych, którzy chcą się na krótką metę zmobilizować, albo dla tych, którzy nie mogą lub nie chcą skorzystać z psychoterapii. Leki nie rozwiązują problemów, które są przyczyną objawów i zaburzeń psychicznych i nie mogą zastąpić psychoterapii, ale na jakiś czas zmniejszają świadomość cierpienia, tak jak alkohol. Niestety z podobnymi konsekwencjami.


Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...