Włodzimierz Orzeł jest jednym z największych kolekcjonerów polskiego plakatu.
Włodzimierz Orzeł jest jednym z największych kolekcjonerów polskiego plakatu. Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Każdy w swoim życiu coś kolekcjonował. Włodek Orzeł zupełnie przez przypadek zdecydował się na plakaty. Opłaciło się. Teraz – po 30 latach zbierania – jest jednym z największych kolekcjonerów polskiego plakatu na świecie. Aktualnie ma ich około 200 tysięcy! W rozmowie z naTemat opowiada o swojej pasji i tym, ile są warte prawdziwe "perełki".

REKLAMA
Ile ma pan plakatów?
Przynajmniej 15 tysięcy oryginałów. Wraz kopiami daje to około 200 tysięcy plakatów. Dodam, że są to tylko i wyłącznie dzieła polskich grafików, czyli "Polskiej szkoły plakatu".
Gdzie je pan trzyma?
Część w domu, część w magazynach. Te mniej cenne trzymałem w wynajętej piwnicy, jednak to dość ryzykowna sprawa. Raz byłem narażony na straty, kiedy została ona zalana.
Co jest takiego szczególnego w polskich plakatach i dlaczego są one cenne?
Plakaty z czasów komuny są niepowtarzalne. Obecne już nie są tak wyjątkowe. W czasach cenzury, to one najczęściej były nośnikiem haseł wolnościowych. Często plakat miał niewiele wspólnego z filmem lub przedstawieniem, które promował. Artyści mogli puszczać wodze fantazji, tworzyli swoje własne wizje artystyczne. To była pewna forma ekspresji, której cenzura nie mogła zablokować.
Dlaczego?
Dla nich ważniejszy do ocenzurowania był film. Nie widzieli w plakacie zagrożenia. Dlatego też artyści korzystali z tego i mieli większe pole do popisu. Nigdzie na świecie nie powstały takie plakaty jak u nas. Są unikatowe.
A skąd u pana zamiłowanie do plakatów?
U mnie? Z marzeń o podróżowaniu.
logo
Włodzimierz Orzeł w pracy Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Kolekcjonuje pan plakaty, bo marzył o podróżowaniu?
Od dziecka mnie ciągnęło do jeżdżenia po świecie, jednak nie miałem pieniędzy. Tak się złożyło, że oglądałem plakaty w galerii na Starym Mieście. Zacząłem rozmawiać ze starszą panią, która tę galerię prowadziła. Opowiadała mi, że obcokrajowcy często do niej wpadają i zachwycają się polskimi plakatami. Mówiła, że w sumie można byłoby pojechać z plakatami za granicę i spróbować tam je sprzedać.
Co też pan uczynił?
Najłatwiej było wyjechać do Wiednia. Ale najpierw musiałem pożyczyć od ojca 150 dolarów na wyjazd. Mówił mi wtedy, że oczekuje, że wrócę z tymi dolarami z powrotem...
Udało się?
Wyjechałem na dwa tygodnie. Odkryłem miejsce, gdzie raz na tydzień odbywał
się pchli targ i tam rozłożyłem stoisko. O dziwo było duże zainteresowanie moimi plakatami. Sporo ich sprzedałem. W czasie wolnym chodziłem i zwiedzałem Wiedeń.
logo
Plakaty trzeba zwijać grafiką na zewnątrz Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Pieniądze pan oddał?
Nie oddałem. Zarobiłem tyle, że przywiozłem do kraju 200 dolarów. Za 50 dolarów, które mi zostały kupiłem kolejną partię plakatów. A z pozostałymi pieniędzmi mogłem z powrotem wystąpić o wizę. To był rok 1981, kilka tygodni przed ogłoszeniem stanu wojennego.
Co pan robił w czasie stanu wojennego?
Zbierałem plakaty w nadziei, że będę mógł je kiedyś sprzedać. Sporo wtedy kupowałem. Miałem już rozeznanie, co się podoba, a co nie. Na tej podstawie dokonywałem wstępnej selekcji. Do 1984 roku miałem w kolekcji ponad 300 tytułów.
logo
Plakaty cyrkowe z kolekcji Włodka Orła Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Po jednym egzemplarzu?
Średnio miałem 2-3 sztuki każdego plakatu.
Więc spokojnie mógł pan nimi handlować...
Dokładnie. A że z powodu działalności w "Solidarności" wyrzucono mnie z pracy, uznałem, że zrobię sobie dłuższe wakacje.
To znaczy?
Z Wiednia zabrałem się z plakatami do Paryża. Jechałem stopem. Pod centrum
Pompidou znalazłem miejsce wśród artystów, gdzie rozkładałem materiał i sprzedawałem swoje plakaty na bruku. Dziennie schodziło po 5-6 sztuk. Natomiast w drodze powrotnej zahaczyłem o Berlin, gdzie odkryłem cotygodniowy dwudniowy pchli targ. Potem już średnio raz na miesiąc jeździłem tam z plakatami.
Skąd pan je brał?
Miałem już olbrzymią kolekcję, z której zawsze mogłem zabrać kilkadziesiąt sztuk. No i zawsze dokupowałem nowe plakaty.
logo
Włodek Orzeł w pracy Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Gdzie?
Jeździłem po małych prowincjonalnych kinach. Do każdego filmu kino dostawało ok. 10 plakatów, z czego połowa leżała na magazynie. Oddawali mi je, jak starą makulaturę.
Ile w tej chwili jest warta taka makulatura?
Od 50 złotych wzwyż za sztukę.
A po ile chodzą najdroższe?
W granicach 2-3 tysięcy złotych. Są wśród nich unikatowe plakaty teatralne z lat 60-tych i 70-tych, na które natrafiłem w jednym z teatrów. Są plakaty Henryka Tomaszewskiego, uważanego za ojca polskiego plakatu. Popularne są prace Jana Lenicy, Romana Cieślewicza, czy Jana Młodożeńca. Dużo zyskują na wartości dzieła artystów, którzy już nie żyją.
logo
Plakaty z kolekcji Włodka Orła Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Mówił pan, że natrafił na plakaty w jednym z teatrów. To częsty sposób zbierania?
Tak. Chodzę po teatrach i czasami pozwalają mi buszować w magazynach. Pewnego razu natrafiłem na stół ze strasznie starymi plakatami. Należały one do kolekcjonera, który zbierał wszystko, co w ogóle związane jest z teatrami. Miał dużo archiwalnych plakatów, które kupiłem od niego za grosze. Wiele osób nie potrafiło docenić tego, co posiada.
Zbieranie plakatów jest popularne?
Pewnie, są kolekcjonerzy z całego świata. Kiedy prowadziłem galerię w przejściu podziemnym przy placu na Rozdrożu, przyjeżdżali do mnie ludzie z innych państw. Różne osoby przeprowadzały ze mną wywiady, nawet pojawiłem się w jakimś amerykańskim filmie dokumentalnym. Wiem, że jest pokazywany studentom w szkołach artystycznych gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Miałem w galerii wielu Amerykanów, którzy u mnie kupowali. Ogólnie było kilka ciekawych spotkań.
logo
Plakat z kolekcji Włodka Orła Fot: Włodek Orzeł

Jakie?
Przyjechała do mnie angielska aktorka Suzy Kendall, która wystąpiła w filmie "Życie w Battersea". Kiedy ją zobaczyłem, a następnie spojrzałem na plakat, to... powiedzmy, że artysta dobrze ją uchwycił na plakacie. Oprócz tego moje plakaty oglądała Laura Dern.
Ta aktorka znaną z "Parku Jurajskiego"?
Dokładnie. Była w Polsce promować film Davida Lyncha podczas festiwalu w
Łodzi. Jej mąż był zainteresowany polskimi plakatami. Ona sama szukała plakatów z jej ojcem, aktorem Brucem Dernem, który był znany z występów w westernach. Jej agent specjalnie umówił nam spotkanie w hotelu Victoria, gdzie razem z moją córką Dorotą siedzieliśmy i przeglądaliśmy plakaty, które mogłyby ją zainteresować. Trochę ich kupiła.
Przyznam, że dla mnie plakat to tylko kawałek papieru, cenniejszy jest obraz. Naprawdę warto kupować takie stare, oryginalne, zamiast wydrukować sobie coś na komputerze?
Oryginały są bardzo cenne. Pierwodruki znacznie różnią się od kolejnych dodruków. Dlatego ich cena jest wyższa. Inna sprawa, że w dzisiejszych czasach nie produkuje się już takiego papieru, jaki był za czasów komuny. To także ma wpływ na cenę.
logo
Galeria plakatów Włodka Orła Fot: Antoni Bohdanowicz/Natemat.pl

Dobrze, a jak pana ludzie odnajdują?
Kiedyś wszyscy wiedzieli o mojej galerii na placu na Rozdrożu. Ożywiałem tamto miejsce. Dużo osób chciało ze mną rozmawiać, bo to była nietypowa galeria w przejściu podziemnym. Przeprowadzono ze mną mnóstwo wywiadów, pomagałem wielu studentom w ich pracach dyplomowych. Jednak w końcu mnie stamtąd wykurzono. Zarządcom przejścia nie podobało się to, że pozwalałem tam robić happeningi. Potem przeniosłem się do BUW-u (Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie), gdzie urzęduję od 2007 roku. Tu jest lepiej.