Urzędnik stracił pracę, bo wyszedł na randkę z kobietą, która okazała się dziennikarką "Faktu"
Urzędnik stracił pracę, bo wyszedł na randkę z kobietą, która okazała się dziennikarką "Faktu" Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

55-letni urzędnik z Opola przypłacił stanowiskiem internetowy flirt w godzinach pracy, który okazał się być prowokacją "Faktu". Teraz pisze: "Na dobrą sprawę mogło się to przydarzyć każdemu. To ukazuje mechanizm, w jaki sposób można stworzyć pewną rzeczywistość, aby potem ją opisać i wykorzystać dla zniszczenia człowieka".

REKLAMA
Mężczyzna, który padł ofiarą prowokacji "Faktu", swoją historię opisuje w cytowanym przez "Gazetę Wyborczą" e-mailu wysłanym m.in. do wiceprezydentów Opola. Zdecydował się na taki krok już po rozmowie z przełożonymi w ratuszu, której efektem było rozwiązanie umowy.
"A było tak. Zaczepia cię na portalu społecznościowym kobieta. Rozmowa się rozwija. Po kilkunastu wymienionych zdaniach kobieta oświadcza ci, że doskonale wie, do jakiego celu prowadzą takie rozmowy. Jednak kontynuuje. Ty też. Jesteś facetem, który ma w perspektywie nic więcej, tylko schyłek swojego męskiego wieku. Ten flirt ci imponuje" – pisze.
Wspomina, że wymienił się z kobietą zdjęciami i numerami telefonu, a w końcu pojawił się temat randki. Mieli się spotkać w pokoju hotelowym. "W pracy masz możliwość wyjścia w sprawach osobistych. Zawsze możesz wyjście prywatne odpracować" – przekonuje.
Kiedy już dochodzi do spotkania, przed hotelowym pokojem mężczyznę zagaduje dziewczyna z mikrofonem. Pyta, "dlaczego w godzinach pracy jesteś z kobietą pod hotelem, gdzie umówiliście się na intymne spotkania". Wyjaśnia, że kobieta, z którą umówił się urzędnik, to dziennikarka "Faktu". a cała sprawa to starannie zaplanowana prowokacja.
"Wracasz do pracy, zastanawiasz się, o co tu chodziło. Dlaczego akurat ty? Konsekwencje nie każą na siebie czekać. Kolejnego dnia zostajesz wezwany przez pracodawcę, który jest na tyle łaskawy, że nie zwalnia cię w trybie art. 52 kodeksu pracy, lecz za porozumieniem stron. Informujesz o wszystkim żonę, która oświadcza ci, że to koniec waszego związku" – pisze urzędnik.
"Nie masz nic - ani pracy, ani rodziny, ani domu. Możesz czekać teraz na publikację w 'Fakcie'. Wiesz, że po tej publikacji rozpęta się dla ciebie i twojej rodziny piekło, że rzucą się na was dziennikarze lokalnych mediów, że zjedzą cię żywcem. Co robić? Nie masz siły. Jeszcze tylko napiszesz jakieś pożegnanie. Żeby nie było. Żegnajcie dziennikarze 'Faktu', którym życzę spokojnych snów i satysfakcji z dobrze wykonanej pracy" – kończy.
Czy dziennikarze "Faktu" postąpili słusznie prowokując mężczyznę w ten sposób? I czy w ogóle powinien stracić pracę, skoro przerwę mógł przeznaczyć na swoje prywatne sprawy?