
Oficjalnie Izrael o swoim arsenale nuklearnym nie mówi w ogóle. Inni opowiadają legendy, w których czerwony guzik ukryty w Jerozolimie może odpalić nawet pięćset głowic i liczebnością arsenału jądrowego ustępuje jedynie największym mocarstwom świata. Te spekulacje mówią o ponad setce artyleryjskich pocisków taktycznych z głowicami jądrowymi i niezliczonej ilości atomowych bomb walizkowych, a nawet min nuklearnych. Legendy o sile Izraela właśnie rewidują cenieni eksperci specjalizujący się w problemie rozprzestrzeniania broni masowego rażenia - Hans Kristensen i Robert Norris.
Energia jądrowa dla wszystkich, broń atomowa dla nikogo
Przez ostatnie dwa dni oczy całego świata zwrócone były na Bagdad, gdzie państwa grupy 5+1, Wielka Brytania, Francja, Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny oraz Niemcy podejmowały próby dojścia do porozumienia z Iranem w sprawie jego programu nuklearnego. CZYTAJ WIĘCEJ
Z raportu Kristensena i Norrisa wynika jednak, że w roku 2004 rząd Izraela miał uznać, iż zwiększanie liczby głowic jądrowych jest już niepotrzebne. Rządzący w Jerozolimie mają dziś być w pełni zadowoleni z tego, ile broni jądrowej posiada izraelska armia. Eksperci podkreślają zresztą, że podstawą ich zadowolenia jest zdolność państwa do szybkiej produkcji kolejnych głowic. W ciągu kilku lat naukowcy z Izraela są podobno zdolni do podwojenia arsenału.
Źródło: timesofisrael.com

