
"Wytwórenka" - tak swoją firmę nazywa pani Beata. "Spiżarnia", bo tak ją ochrzciła, produkuje konfitury, syropy, soki i nektary. – Na początku, gdy zakładałam biznes, bałam się jak cholera. Ale skoro produkowaliśmy przetwory tak, jakbyśmy robili je dla siebie i dla najbliższych, musieliśmy się obronić – mówi właścicielka. Sprawdziliśmy, czy faktycznie jej biznes się broni.
REKLAMA
"To moje dziecko"
Kiedy dostałem adres "Spiżarni", małej firmy produkującej konfitury, soki i syropy (tyle wiedziałem o niej na początku), przyznam, że z początku... zwątpiłem. Mieści się ona daleko od stołecznego centrum, na Żeraniu, gdzieś w okolicach targowiska przy Marywilskiej. Gdzież tam, w okolicach zarezerwowanych dla hal produkcyjnych i potężnego przemysłu, odnaleźć smak domowych przysmaków?
Kiedy dostałem adres "Spiżarni", małej firmy produkującej konfitury, soki i syropy (tyle wiedziałem o niej na początku), przyznam, że z początku... zwątpiłem. Mieści się ona daleko od stołecznego centrum, na Żeraniu, gdzieś w okolicach targowiska przy Marywilskiej. Gdzież tam, w okolicach zarezerwowanych dla hal produkcyjnych i potężnego przemysłu, odnaleźć smak domowych przysmaków?
Rzecz zmieniła się, gdy przekroczyłem pierwszy próg "wytwórenki", jak nazywa ją właścicielka, pani Beata Martynowska. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało - z wejścia dopadł mnie wręcz intensywny zapach śliwek i wiśni. Akurat trwała produkcja konfitur.
– Muszę od razu się do czegoś przyznać. Jestem straszną gadułą. Zwłaszcza jeśli rozmawiamy o "Spiżarni" – przestrzegła mnie pani Beata jeszcze zanim zasiedliśmy do rozmowy. O swojej małej firmie, którą założyła przed dziewięcioma laty, mówi jak o swoim dziecku. – Bo to jest moje dziecko! I jestem z niego dumna jak każda matka – twierdzi.
"Od pomysłu do przemysłu"
Ale matką jest także w prawdziwym życiu. I to właśnie dzieci były dla niej największą inspiracją przy tworzeniu rodzinnego biznesu. – Kiedy były jeszcze maluchami i kupowałam im w sklepie przeróżne smakołyki, zawsze narzekałam, że to nie to samo, co robiła kiedyś moja babcia, że to nie ten smak, że ona to dopiero gotowała... Któregoś dnia, gdy siedzieliśmy przy rodzinnym obiedzie, mój syn nie wytrzymał tego narzekania i powiedział: mamo, zamiast narzekać, weź się do pracy. Po prostu wszedł mi na ambicję – śmieje się pani Beata.
Ale matką jest także w prawdziwym życiu. I to właśnie dzieci były dla niej największą inspiracją przy tworzeniu rodzinnego biznesu. – Kiedy były jeszcze maluchami i kupowałam im w sklepie przeróżne smakołyki, zawsze narzekałam, że to nie to samo, co robiła kiedyś moja babcia, że to nie ten smak, że ona to dopiero gotowała... Któregoś dnia, gdy siedzieliśmy przy rodzinnym obiedzie, mój syn nie wytrzymał tego narzekania i powiedział: mamo, zamiast narzekać, weź się do pracy. Po prostu wszedł mi na ambicję – śmieje się pani Beata.
I przyznaje, że wtedy właśnie zaczęła wgłębiać się w kulinarną historię swojej rodziny. W przepisy, które zostawiła po sobie babcia. I wspólnie z mamą próbowały je odtwarzać. – Mogłoby się wydawać, że nie ma na świecie nic prostszego niż zrobienie konfitur. Tymczasem uświadomiłam sobie, że to długie, długie godziny spędzone w kuchni – mówi pani Beata. – Niemniej kiedy nam się wreszcie udało, poczęstowałam swoim wyrobem dzieci, męża, przyjaciół, sąsiadów... Wszyscy byli zachwyceni. Pytali: "można jeszcze?".
– Uznaliśmy, że skoro wszystkim tak bardzo smakuje, może warto stworzyć z tego swój mały biznes? Tak podjęłam decyzję o tym, że to będzie mój pomysł na dalszą drogę mojego życia. I biznesowego, i prywatnego. Tak przed dziewięciu laty ruszyła "Spiżarnia".
"To musi wypalić!"
Wspólnie sięgamy pamięcią do 2004 roku. Supermarkety, które rosną jak grzyby po deszczu, oferują własne produkty. Dużo tańsze od innych marek. Niemal wszystko, czego dusza zapragnie. Dżemy, powidła, ogórki konserwowe... Wystartowanie wówczas z biznesem, który opiera się na pasji, włożonym czasie, precyzji, był sporym ryzykiem. – Bałam się jak cholera. Może to niezbyt elegancki zwrot, ale bardzo adekwatny. Po prostu miałam stracha. Ale pomyślałam sobie, że skoro produkt jest dobry, pomysł też, to powinno wypalić – wspomina.
Pani Beata na chwilę opuszcza rozmowę, zaglądam więc na półkę z produktami. Konfitury, syropy, żurek, chrzan, przecier pomidorowy, ogórki kwaszone, kiszona kapusta... – Świetna nie tylko na "dzień po" – mówi właścicielka "Spiżarni". – To bomba witaminy C, świetna dla sportowców. Tak samo sok z kwaszonego buraka. Po co sportowcy biorą te wszystkie suplementy? Burak jest świetny na mikro urazy.
Pomysł
Na czym więc polega jej pomysł? Pomysł na udany biznes? – Na tym, by to co robimy, wypływało z serca. Na uczciwości. Na tym, by produkować tak, jakby robiło się to dla najbliższych. Na cierpliwości - jeden przetwór to dwa, czasem trzy dni pracy, nie kilka godzin jak w dużym przemyśle. Nasze produkty są robione z owoców. O, proszę popatrzeć na etykietę soku z gruszki. Na litr soku przeznaczane jest 1,5 kg owoców. Nie używamy przecieru, nie korzystamy ze słodzików. Prawdziwe owoce i cukier. Klientom to smakuje, wracają do nas. I to jest powód do wielkiej dumy. Robię to samo, co moja babcia. Tylko na większą skalę – opowiada.
Na czym więc polega jej pomysł? Pomysł na udany biznes? – Na tym, by to co robimy, wypływało z serca. Na uczciwości. Na tym, by produkować tak, jakby robiło się to dla najbliższych. Na cierpliwości - jeden przetwór to dwa, czasem trzy dni pracy, nie kilka godzin jak w dużym przemyśle. Nasze produkty są robione z owoców. O, proszę popatrzeć na etykietę soku z gruszki. Na litr soku przeznaczane jest 1,5 kg owoców. Nie używamy przecieru, nie korzystamy ze słodzików. Prawdziwe owoce i cukier. Klientom to smakuje, wracają do nas. I to jest powód do wielkiej dumy. Robię to samo, co moja babcia. Tylko na większą skalę – opowiada.
"Nie jestem Billem Gatesem"
Większą, ale na pewno nie ogromną. W firmie, łącznie z samą szefową, pracuje sześć osób. Jest osoba odpowiedzialna za handel, kierowca, który rozwozi towar do sklepów, dwie osoby do produkcji oraz pani technolog produkcji. A swoje przetwory rozprowadza po całej Polsce, głównie po sklepach ze zdrową i ekologiczną żywnością, ale także do większych sklepów sieciowych.
Firma próbuje swoich sił na rynkach zagranicznych w Wielkiej Brytanii i Niemczech, a ostatnio także Australii. – Choć oczywiście najwięcej odbiorców mamy w Polsce – mówi pani Beata, która ze śmiechem dodaje: – Nie jestem Billem Gatesem tego biznesu, ale wystarcza mi, by godnie żyć.
Wśród tych, którzy najchętniej kupują jej produkty, są duże korporacje. – Zestaw takich słoiczków znakomicie nadaje się do kosza upominkowego, np. z okazji świąt. Idealny pomysł na prezent, dlatego sporo firm z niego korzysta – twierdzi.
Na koniec naszej rozmowy udało mi się także odwiedzić salę produkcji. W dwóch kotłach (raczej sporych garnkach) wrzały śliwki i wiśnie. Te drugie zaraz będą zalane nalewką. Tak, by zostawiła delikatny posmak i wyparowała. Zanim trafi do słoików, czekają ją dwa dni "oddychania". W zwykłej produkcji nie czeka się na to nawet kilku godzin. Dlatego w "Spiżarni" pochłania to tyle czasu.
Pani Beata: – Pewnie za dużo czasu poświęcam pracy. Ale jeśli robi się to, co się kocha, to tych godzin tak się nie liczy. Dla mnie to frajda. Czuję, że jestem w tym dobra. Czuję, że wracamy do tego, by doceniać naszą polską produkcję. Bo jeśli nie my, to któż ją doceni?
