
Zna ich pewnie każdy warszawiak. Nie z widzenia, a ze słyszenia. Uliczni muzycy grają pod blokami, kamienicami, na Żoliborzu, Pradze, Mokotowie - wszędzie. I swoją muzyką pięknie nawiązują do przedwojennych tradycji. Jak to jest z tymi ulicznymi orkiestrami? Ich granie pod oknami naszych domów bardziej nam się podoba i wzrusza, czy raczej denerwuje i przeszkadza?
REKLAMA
Kiedyś, lata temu, w czasach, które znam tylko z opowieści moich rodziców i dziadków, podwórkowych orkiestr było całe mnóstwo. Najczęściej grały w niedzielę, choć i w tygodniu pojawiały się czasem na podwórku. Jeden muzyk z akordeonem, czy cały zespół z kilkoma instrumentami - nieistotne. Ludzie wychodzili przed domy, otwierali okna na oścież, rzucali zawinięte w papierki monety. Słuchały i nuciły całe kamienice.
Nie wszyscy mieli radio, telewizor był rzadkim luksusem. Podwórkowi grajkowie byli atrakcją. Dzisiaj, w roku 2013, są tacy, którzy do tych pięknych tradycji chcą nawiązać i na osiedlowym muzykowaniu nieco zarobić. Ale czy aby przypadkiem to już nie te czasy? Może ich obecność wywołuje prędzej złość niż radość? A może jednak są tacy, którzy chętnie posłuchają, a wtedy ich wspomnienia odżywają?
Trafiłem na taką orkiestrę w poniedziałkowe przedpołudnie, na Starym Mokotowie. Z budynku redakcji wyciągnęła mnie na podwórko melodia "tanga mych marzeń i snów", czyli utworu Mieczysława Fogga "Tango Milonga". Przysłuchiwałem się jeszcze kilka chwil, za chwilę rozbrzmiało "W Saskim Ogrodzie" Stanisława Grzesiuka, biesiadne "Gdybym miał gitarę"...
Trzech Romów grało na instrumentach dętych - trąbce, waltorni i tubie. W oknach było jednak pusto. – Brakuje czwartego, co to gra na akordeonie – mówi jeden z muzyków. – Gdzie gramy? Wszędzie tam, gdzie chcą nas słuchać. A jak widzimy po oknach, że ludzie nas nie słuchają to zbieramy się i ruszamy dalej.
Ruszyli ze skwerku, a za nimi ciągnęły się kolejne melodie. – Gramy wszystko to, czego ludzie chcą słuchać. Przedwojenne utwory, warszawskie. Bo my Warszawę znamy, wzdłuż i wszerz ją zjechaliśmy, gramy wszędzie, po obu stronach Wisły. Żoliborz? Tam też, nawet parze młodej przed weselem zagraliśmy – opowiada mój rozmówca.
Ale publika niestety w poniedziałek nie dopisywała. Ludzie pewnie w pracy, okna szczelnie pozamykane, przechodnie nawet nie spojrzą, nie zwolnią kroku i nie posłuchają. – Czasem ktoś do okna wyjdzie, czy przystanie na ulicy i rzuci tę parę złotych, choć coraz rzadziej – dodaje.
O ulicznych muzyków spytałem kilku przechodniów. – Wcale się nie dziwię, że ludzie wolą zamknąć okna – mówi pan Michał, około trzydziestki, który właśnie wyszedł z żoną i dzieckiem w wózku na spacer. – Teraz takie czasy, że jak chcę posłuchać konkretnej piosenki, to włączam komputer i już ją mam. Nie potrzebuję, żeby mi ktoś pod blokiem grał, i to o takiej godzinie. No, chyba że akurat coś ładnego... – dodał.
Innego zdania jest pani Leokadia, pamiętająca czasy sprzed wojny, mieszkająca przy ul. Piłkarskiej na Mokotowie. – Czy mi ta muzyka przeszkadza? Oj, proszę pana, jak to może mi przeszkadzać, jak mi się w ten sposób przypominają moje młode lata? – pyta. – Starsi ludzie pamiętają te wszystkie przedwojenne melodie i to chyba tylko dla nich tę muzykę jeszcze grają, bo młodzi to o tej godzinie raczej w pracy, to i nie posłuchają... Ale ja zawsze z przyjemnością – kończy.
Taką Warszawę pamiętają starsi ludzie. I dlatego dla muzyków są bardziej wyrozumiali. Ale młodzi, którzy dawnych lat pamiętać zwyczajnie nie mogą, na widok orkiestry pod oknem raczej się dziwią i denerwują niż cieszą.
A jakie Wy macie skojarzenia z ulicznymi zespołami? Irytują Was, czy wprost przeciwnie - podobają się Wam?
