
– Jeśli ktoś uważa, że dane porównanie jest właściwie, to niech go jednak używa. Nie jestem zwolennikiem narzucania ludziom, co powinni mówić – mówi nam publicysta "Do Rzeczy" Piotr Gursztyn, który niedawno porównywał Edwarda Gierka do Adolfa Hitlera, czym wywołał wiele kontrowersji. Inni swoich przeciwników ostatnio również porównywali do nazistów. – W Polsce nie ma aniołków. Na przykład Antoni Macierewicz jest ostatnią osoba, którą pochwale, ale talibem na pewno też nie jest – stwierdza.
REKLAMA
Pańskie porównania Gierka do Hitlera wzbudziło wiele kontrowersji. Czemu miało służyć?
Czemu miało służyć to porównanie? To bardzo proste. uważny widz na pewno zauważy, iż była to reakcja na argument Piotra Szumlewicza, który twierdził, że Gierek jako postać historyczna jest godny szacunku i uznania. Bo budował mieszkania i zapewniał dość dobry poziom życia. Dlatego moja reakcja byłą nacechowana pewną drwiną. Chodziło mi jednak o to, że to bardzo niebezpieczny argument. Bo jeśli będziemy usprawiedliwiać Gierka za łamanie praw człowieka i zabieranie nam wolności tym, że budowano wtedy mieszkania, to tak samo można usprawiedliwić Hitlera. On budował jeszcze więcej...
To przesłanie chyba jednak gdzieś w programie umknęło. Odwołanie do Hitlera wielu wydało się zbyt mocne i w ogóle niepotrzebne. Po wojnie nikt nawet najgorszego wroga do Hitlera nie porównywał.
Polacy w latach 1939-1945 widzieli niewielkie różnice między Hitlerem i Stalinem. Obaj eksterminowali Polaków. Gdy Rosja sowiecka została jednak "sojusznikiem naszych sojuszników" widziano w niej szansę na uwolnienie od hitlerowców. To było rzeczy oczywiste dla ludzi tamtego okresu. Do dziś nie mają z tym żadnego problemu także historycy, czy prawnicy. Art. 13 konstytucji RP nazizm, faszyzm i komunizm bowiem zrównuje. Historycy nie mają też zwykle wątpliwości, że komunizm i nazizm były równie okropne.
Operowanie Hitlerem w dzisiejszej debacie może być jednak dość niebezpieczne. Wielu odbiorców ma coraz mniejszą wiedzę historyczną i po prostu myli fakty.
I to jest właśnie problem! Nie możemy akceptować tego, że znaczna część publiki wykazuje się ignorancją i nie ma ochoty na odrobinę pokory, aby to przyznać. Szczerze mówiąc, nie chce mi się zbytnio upraszczać przekazu. Choć oczywiście staram się to robić, bo w końcu wykonuję zawód dziennikarza, który tego wymaga. Uważam, że jest mnóstwo narzędzi, które pozwalają odróżnić osobę operującą odwołaniami do Hitlera jako zabiegiem retorycznym, a osobą, która popiera jego poglądy.
A może lepiej byłoby Hitlera, czy Goebbelsa wykreślić także z barwnej retoryki? Bo później pojawiają się takie hasła, jak te z krakowskiego Prądnika Czerwonego.
Niestety tego rodzaju troglodyci są zauważalną częścią społeczeństwa. Ci idioci wypisują hasła, które im przyjdą do głowy, choć pewnie nigdy nie widzieli nawet Żyda na oczy. To wielki problem społeczny, ale trzeba do tego przykładać odpowiednią miarkę. Bo ci idioci zwykle prasy nie czytują. No może poza gazetami sportowymi, ale te przecież nie zawierają w sobie żadnego przekazu ideologicznego. Więc nie są temu winne.
Pewnie zaglądają jednak do internetu i oglądają telewizję. Wśród radykałów z ulic jest także wielu studentów i wykształconych ludzi. Może publicyści powinni więc uważać na używane argumenty?
Zawsze trzeba na nie uważać. Nie należy kłamać, a należy używać bardzo precyzyjnych określeń. Nie zawsze można zgodzić się jednak z tym, że komuś zarzuca się nadużywanie jakichś porównań, czy argumentów.
"Jak Hitler", "niczym Goebbles" - to określenia, które słyszą ludzie lewicy, czy liberałowie. Pan też uważa, że są tak groźni dla Polski?
W Polsce nie ma aniołków. Lewica i liberałowie też nie są święci. Na przykład Antoni Macierewicz jest ostatnią osoba, którą pochwale, ale talibem na pewno też nie jest. Nie chodzi jednak o to, by teraz ciągle licytować się na to, kto komu mocniej dowala. Jeśli ktoś uważa, że dane porównanie jest właściwie, to niech go jednak używa. Nie jestem zwolennikiem narzucania ludziom, co powinni mówić. Byle nie było to skrajnie demagogiczne i kłamliwe.
