
Rachel Sacks wzburzyła opinię publiczną oświadczeniem, że ma dosyć udawania biedniejszej, niż jest. Nowojorska studentka napisała, że dobra sytuacja materialna to nie zbrodnia. I że ona, Rachel Sacks, nie chce czuć się winna tylko dlatego, że ma więcej pieniędzy od innych. Jak można było przewidzieć, na głowę dziewczyny posypały się gromy.
REKLAMA
"Przepraszam, że urodziłam się w bogatej rodzinie, i że ojciec chce mnie utrzymywać. Przepraszam, że nie muszę chodzić do szkoły publicznej, żeby nie obciążać rodziców finansowo. Czego ode mnie chcecie?" - pyta dwudziestolatka w tekście zatytułowanym "I'm not going to pretend to be poor to be accepted by you" ("Nie będę udawać, że jestem biedna, żebyście mogli mnie zaakceptować").
Inspiracją do napisania tekstu stało się ponoć oceniające zachowanie pracownicy sklepu spożywczego, która miała potraktować dziewczynę w niemiły sposób tylko dlatego, że ta była dobrze ubrana i miała przy sobie sporą torbę z zakupami. "Nie powinno się wprawiać innych w zakłopotanie z powodu ich sytuacji finansowej. To, jak ludzie wydają pieniądze, to ich własna sprawa" - oświadczyła Rachel. I zauważyła, że okazywanie pewnego taktu w towarzystwie osób, których nie stać na wyjątkowo luksusowe zakupy, jest na ogół dobrze widziane, ale to, jak się poczuje osoba majętna, nikogo już nie obchodzi.
Gdyby na tym oświadczeniu się skończyło, nazwisko Rachel Sacks pewnie nie pojawiłoby się w tylu nagłówkach. Ale dziewczyna na tym nie poprzestała. "Nie jestem jedną z tych osób, które próbują żyć na niższym poziomie, żeby móc się porównywać z innymi. Według mnie to niesmaczne zachowanie: to tak, jakby twierdzić, że trzeba zniżyć się do jakiegoś poziomu, żeby ludzie mogli cię polubić" - napisała Rachel.
Studentka podkreśliła też, że "myślenie, że ktoś jest gorszy tylko dlatego, że urodził się w innych warunkach finansowych", jest jej zdaniem obrzydliwe, a "poziom dochodów nie definiuje, jakim się jest człowiekiem". Szokujące? Okazuje się, że tak.
Soraya Green z "The Guardian" określiła tekst Rachel jako "tani koktajl zażenowania i narcyzmu, posłodzony szczyptą młodzieńczego buntu". "New York Post" nawet umieścił Rachel na okładce, nazywając ją "wrednym dziewczęciem z bogatego domu". Świętym ogniem sprawiedliwości (społecznej) natychmiast zapłonął Internet.
Oczywiście internauci nie ograniczyli się do opiniowania poglądów Rachel na temat pieniędzy - musieli od razu skomentować jej włosy, ubrania i twarz. Część radziła studentce, żeby od razu pożegnała się z życiem, część rzucała wulgarne aluzje seksualne. Większość nazywała rozwydrzonym "bachorem". A najdziwniejsze jest to, że frustraci wyładowali swój gniew na kompletnie nieodpowiedniej osobie, bo według "Guardiana" Rachel Sacks reprezentuje najwyżej klasę wyższą średnią. Na pewno znalazłby się w sieci jakiś majętniejszy bachor.
Rachel odpowiedziała: "Możecie krytykować mój artykuł, ale nie mój wygląd i mój sposób mówienia. Nie mówcie mi, że jestem brzydka, i nie mówcie mi, co mam robić". Do tej pory panna Sacks dostała od mediów już tyle propozycji wywiadów, że zastanawia się nad zatrudnieniem stylisty.
I tylko co jakiś czas przez cały ten medialny zgiełk przebija się głos zdrowego rozsądku. Ten głos pyta: o co właściwie tyle hałasu?