Rogale świętomarcińskie mogą być wypiekane tylko w Wielkopolsce.
Rogale świętomarcińskie mogą być wypiekane tylko w Wielkopolsce. Fot. Łukasz Cynalewski/ Agencja Gazeta

Od kilku lat dowiadujemy się, że "tradycyjne" potrawy je się w określonym dniu lub miejscu. Ale nie zawsze tak było. Jak wiele zwyczajów ponownie zaszczepiono w ostatniej dekadzie?

REKLAMA
Rogale świętomarcińskie to tradycyjna potrawa wielkopolska - zgodnie ze zwyczajem są wypiekane głównie 11 listopada, w dzień św. Marcina. Mimo to, zarówno w Poznaniu, jak i w całej Polsce można je kupić przez okrągły rok. Ich status zmienił dekret unijny z 2008 roku, kiedy to nazwa "Rogal Świętomarciński" została wpisana do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w Unii Europejskiej. Zgodnie z postanowieniem, tej konkretnej nazwy nie można używać do wypieków powstałych poza Wielkopolską.
Według legendy tradycja wywodzi się jeszcze z czasów pogańskich,
gdy podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z wołów lub w zastępstwie z ciasta zwijanego w kształt rogów. Jak to zwykle w takich przypadkach bywało, chrześcijaństwo przejęło zwyczaj łącząc go tym razem z postacią św. Marcina. Kształt ciasta symbolicznie kojarzono z podkową, którą - według przekazów hagiograficznych - zgubił koń świętego.
– Rogale świętomarcińskie są charakterystyczne dla Wielkopolski, ale, jak wielokrotnie powtarzałam, żyjemy w śmietniku kulturowym - mówi w rozmowie z Na Temat Aldona Plucińska z Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi. – To ciasto obrzędowe, jego kształt nawiązuje do formy pierogów, które są potrawą żałobną. Wszystko, co ma kształt półksiężyca, w wierzeniach ludowych symbolizuje ciemność, smutek, śmierć. Nic dziwnego, że jest wypiekany właśnie w tym czasie - pomiędzy Zaduszkami a początkiem Adwentu - komentuje etnografka.
Poznańska tradycja "odrodziła" się w listopadzie 1811 roku, kiedy to proboszcz parafii św. Marcina zaapelował do wiernych, by zrobili coś dobrego dla biednych. Obecny na mszy cukiernik postanowił wskrzesić starą tradycję rozdawania ciastek ubogim. Dziś nikt rogali nie rozdaje, należy za nie zapłacić i to - jak na ciastko - całkiem sporo.
W tym samym dniu "tradycyjnie" je się pieczoną gęsinę - było to popularne w całej Polsce w XIX wieku, zwyczaj przybył z Niemiec. Wcale nie dziwnym trafem zniknął na dobre w XX wieku, co bardzo bolało producentów gęsiny, szczególnie już po przełomie ustrojowym. Dlatego w 2009 roku podjęto akcję społeczną o wdzięcznym tytule "Gęsina na św. Marcina", podczas której okazało się, że Polacy nagle zaczęli jeść kilogramy gęsiny, a tradycja sprzed stuleci pasuje jak ulał do współczesnych realiów.

Odnajdywanie "zapomnianych" tradycji to we współczesnej Polsce dość częsty proceder - wspierają je zarówno organizacje typu Slow Food Polska, jak i lokalne samorządy, dla których produkcja określonych artykułów spożywczych łączy się z bezpośrednimi zyskami ze sprzedaży, ale i profitami z turystyki czy wsparcia unijnych dotacji.

Jest to również okazja do wypromowania regionu - często podczas festynów, targów czy jarmarków regionalnych. Tego typu imprezy od ostatnich kilku lat wręcz zalewają całą Polskę wskazując na miejsca, o których w inny sposób mało kto by usłyszał. I tak np. Festiwal Kuchni Regionalnej w Wiśniewie w powiecie siedleckim promuje specjały z wiśni, Święto Sękacza w Żytkiejmach w powiecie gołdapskim wschodniopolski przysmak z lejącego się ciasta, a Światowy Festiwal Smakowania Kwaśnicy w Żywcu - podkarpacką zupę z kiszonej kapusty.

W organizacji festynów i plenerowych degustacji nie ma oczywiście niczego złego, ale nagła ilość starych-nowych tradycji może być dosyć myląca. Oczywiście od lat wiadomo gdzie jeść pierniki, kremówki, a gdzie smażoną flądrę - to nie tylko efekt dobrej jakości produktów, ale przede wszystkim bardzo skutecznej promocji, która najczęściej odbywa się poprzez poparcie konkretnego dania odpowiednim autorytetem. I nic dziwnego - końcu każdy chce choć raz posmakować jakiejś świętości. Być może tak samo będzie ze świętomarcińską gęsią.