
- To jedna z tych bab, które się kocha. Władcza, stanowcza, budząca respekt. Tylko strasznie przeklina - tak mówią o nowej wicepremier Elżbiecie Bieńkowskiej urzędnicy, którzy mają okazję pracować z nią na co dzień. I obawiają się o urzędników, którzy dotąd rządzili w resorcie transportu, a właśnie stali się podwładnymi minister Bieńkowskiej. Jej bezkompromisowy charakter budzi bowiem respekt coraz większej rzeszy polityków.
Ma być lekiem na całe zło
Już wiemy, że to Elżbieta Bieńkowska ma uratować Platformę, rząd i premiera. W ciągu jednego tygodnia jej wielkie zdjęcie dwa razy wylądowało w Gazecie Wyborczej. Komentatorzy prześcigają się w wychwalaniu nowej gwiazdy, mówią, że ma wszelkie cechy mocnego człowieka. Ba! Znalazł się i tatuaż dla prasy kolorowej. CZYTAJ WIĘCEJ
Kariera od zera?
Mimo iż karierę w rządzie rozpoczynała jako nowicjusz w świecie wielkiej polityki. Wysoko postawieni politycy Platformy mówią "Newsweekowi", że Bieńkowska została zaproponowana po prostu jako osoba do posprzątania bałaganu w środkach unijnych, który zastawił po sobie gabinet Jarosława Kaczyńskiego. Chodziło o miliardy euro, więc zabrać za to musiał się ekspert, a nie rasowy polityk.

