fot. wyd. Znak

Marcin Prokop i Szymon Hołownia porównują swoją relację do znajomości z podwórka - na planie "Mam Talent" są członkami osiedlowej bandy, a pracując nad najnowszą książką po raz pierwszy zapraszają się do domów. Jakie zabawki sobie pokazują? Czy nikt nie powiedział im jeszcze, że są tak różni, że nie powinni się razem bawić? Pyta Anna Wittenberg.

REKLAMA
Pieniądze.
Jak to się stało, że siedzimy tu we troje?
Marcin Prokop: To historia, która obrosła legendą. W skrócie - Szymon napisał kiedyś tekst do „Machiny”, w której pracowałem jako naczelny. Niestety, pismo przeżywało wówczas duże problemy finansowe i zwlekaliśmy z płatnościami. Pewnego dnia Szymon, niczym srogi windykator, wyposażony we wszystkie narzędzia zła, przyszedł do redakcji odzyskać kasę. Chodziło o tysiąc złotych...
Szymon Hołownia: Tysiąc dwieście.
MP: ...no ale też o zasady. Udało się go jednak przekonać, żeby chwilowo odstąpił od łamania mi nóg i straszenia ekskomuniką. W tym celu zaprosiłem do pokoju kolegę, któremu byliśmy winni dwadzieścia razy więcej...
SH: Dziesięć.
MP: ...i Szymon po chrześcijańsku zrozumiał, że nie tędy droga, że - jak mówi prorok - na końcu będą mieli zapłacone ci, którzy mają najmniejszy dług.
SH: Marcin, gdy chodzi o to, by nie pozbyć się pieniędzy jest w stanie nawet cytować proroków, nawet to, czego nie powiedzieli.
MP: (ignoruje Szymona) Potem przez kilka lat mieliśmy luźniejszy kontakt, aż do momentu, kiedy postanowiono nas zeswatać przy prowadzeniu programu "Mam Talent". Na początku Szymon trochę się opierał tej propozycji, bo uznał, że narusza ona jego powagę znanego publicysty, ale w końcu, z naszym dyrektorem, wspólnymi siłami jakoś go przekonaliśmy, że warto.
Co zaważyło?
MP: Perspektywa wejścia w posiadanie niebagatelnych dóbr doczesnych oraz wizja spektakularnej sławy, rzecz jasna. (Pauza. Do Szymona) No weź coś powiedz, bo nie mogę za ciebie odpowiadać.
SH: Pchała mnie tam ciekawość i poznawcze ADHD. Miałem rzecz jasna obiekcje, ale ten pomysł wydał mi się tak szalony, że – choć miałem mnóstwo lęków – stwierdziłem: raz kozie...
MP: Jest podobieństwo.
SH: Ale nie narzucające się?
MP: Nie, nie, ogoliłeś się i jest od razu lepiej.

Prawo naturalne
Wasz związek nie jest monogamiczny. Marcin równie silny duet tworzy z Dorotą Wellman.

SH: Moment, gdy dowiadujesz się, że twoje dziecko ma jednak innych przyjaciół – zawsze boli.
MP: O, przepraszam bardzo. Ty też napisałeś książkę z jakimś obcym mi księdzem. Również miałem poczucie bycia zdradzonym.
SH: A, to dlatego się do mnie nie odzywałeś przez dwa tygodnie?
MP: Dokładnie tak. (Do mnie) Te dwa duety to są zupełnie rozdzielne byty. Jak ktoś mnie próbuje pytać „a z kim ci się lepiej pracuje”, nie umiem odpowiedzieć. To jest pytanie z cyklu kogo kochasz bardziej: mamę, czy tatę. Obie postaci są w moim życiu komplementarne.
SH: Czego innego potrzebujesz od kobiety, czego innego od mężczyzny. To jest naturalny porządek rzeczy, który serdecznie polecamy każdemu.
MP: No i spójrz, jestem tego mimowolnym propagatorem.
Czego potrzebujecie od tego drugiego mężczyzny?

SH: Nudy. Powiedz coś o książce, bo ciągle tylko gadamy o sobie.
MP: Postaram się jakoś zgrabnie nawiązać. A zatem, w naszej nowej książce „Wszystko w porządku” piszę między innymi o paru moich ulubionych zespołach muzycznych. Jednym z tych zespołów jest kanadyjska grupa Arcade Fire, która nagrała ostatnio płytę "Reflektor". Wspólna praca jest jak ten tytularny reflektor – zwierciadło, w którym można się nawzajem przejrzeć, zobaczyć siebie z perspektywy drugiej osoby.
Co widzisz?
MP: Pewne niepoukładanie w kwestiach pryncypialnych. Dopiero pierwsza wspólna książka "Bóg, kasa, rock'n'roll" pokazała mi, że mój światopogląd nie jest tak podopinany, jak mi się wydawało i wspólna praca, polegająca na niekończących się dyskusjach, pomogła uczesać rozczochrane przestrzenie.

Porządki.
We wstępie do nowej książki piszecie, że to owoc waszych porządków w szufladach. Dlaczego postanowiliście sobie wspólnie pogrzebać w gratach?

MP: Tę książkę mogę porównać do sytuacji, kiedy dwóch chłopców, którzy spędzili sporo czasu na podwórku, postanawia w końcu zaprosić siebie nawzajem do domów. Pokazują sobie szufladki z zabawkami, książki, płyty, komiksy, „Playboye” ojca, które znaleźli pod jego łóżkiem... Ta książka jest trochę jak fotografia, pokazująca kim na dziś jesteśmy, jak wyglądają nasze światy, co nas stworzyło, zdefiniowało, sprawiło że jesteśmy, jacy jesteśmy. Nie jest to jednak forma autobiografii, raczej hołd oddany naszej ciekawości świata w całej jego złożoności. Pokazanie, że można poważnie mówić o rzeczach błahych, o pozornie nieistotnych detalach rzeczywistości, a równocześnie lekko przedstawiać sprawy ostateczne.
Jaka jest ta książka?
MP: Chcielibyśmy, aby była odbierana jako inteligentna, a przy tym bezpretensjonalna rozrywka.
SH: Docierają do nas sygnały, że wszystkich którzy po nią sięgnęli wciąga, pozbawia snu, odrywa od pracy, ucząc bawi, bawiąc, wychowuje.
MP: Brawo, jak ty to pięknie i oryginalnie ująłeś. Ja bym dodał, że ta książka jest jak dobry pop. To nie jest muzyka napisana przez Pendereckiego, ani nawet przez Rolling Stones. To jest porządnie wyprodukowana, ale jednocześnie dość łatwo przyswajalna, niemęcząca płyta dajmy na to...
SH: Uważaj, na to co powiesz.
MP: Czekaj, muszę się zastanowić... Madonny!
SH: Proszę cię!
MP: No mówię, żeby było też z twojej branży trochę.
SH: Taka z niej Madonna jak ze mnie Janko Muzykant.

Rośliny.
Próbowałam znaleźć dla was jakieś porównanie.

MP: Rododendron i tuja.
SH: Kropidlak żółty i grubowarg dwubarwny.

Podwórko
Nikt wam nie powiedział, że nie powinniście się razem bawić, bo do siebie nie pasujecie?

SH: Myśmy się szybko zorientowali, że bardzo się różnimy jeśli chodzi o światopogląd, ale że jesteśmy do siebie jednocześnie bardzo podobni, jeśli chodzi o sposób funkcjonowania w świecie. Marcin ujął to kiedyś bardzo zgrabnie: mimo całej miłości do ludzi i towarzystwa obaj jesteśmy typem samotników, jesteśmy jak dwa czołgi, które suną przez świat i czasami lubią zaparkować obok siebie. „Parking dla czołgów” to jest tytuł podwójnej autobiografii, którą kiedyś razem napiszemy.
MP: W relacji z Szymonem najważniejszy jest element wspólnego dorastania, odkrywania świata razem. Coś takiego rzadko zdarza się w dorosłym życiu. Najsilniejsze relacje i najtrwalsze przyjaźnie zawieramy zwykle w dzieciństwie i wczesnej młodości, kiedy razem z grupą równieśników robimy mnóstwo rzeczy po raz pierwszy. My, mam wrażenie, przeżywamy drugie dzieciństwo. Odkrywamy przed sobą elementy rzeczywistości, które na nas wciąż wpływają i które nas zmieniają. I czasami zachowujemy się jak mali chłopcy. Zdarzały się momenty, w których jeden drugiemu starał się udowodnić, kto jest śmieszniejszy, kto ma lepsze żarty i kto będzie więcej mówił, ale potem przychodził moment refleksji.
SH: To o czym mówi Marcin dobrze widać w tej książce. On opowiada mi o piosence The Cure, która zmieniła jego życie, ja o tym jak fascynujące historie słyszałem o uczestnictwie Robbiego Williamsa w zlocie miłośników UFO, albo o tym jak król Jerzy z Wysp Tonga podbijał archipelag Minerva orzy użyciu czterech robitników i orkiestry dętej. W naszej relacji jest dzielenie się, ale nie ma nawracania. Ludzie często mi zadają pytania: ale jak pan sądzi, Prokop się nawróci w końcu, czy nie? Ja mówię: wie pan, wiedzieć, nie wiem, ale mogę przyjąć zakład. 500 złotych zawsze z chęcią przytulę.
A nawróci się?
MP: Na razie moja wewnętrzna nawigacja prowadzi mnie w innym kierunku, niż Szymona, ale może pewnego dnia usłyszę miły damski głos, mówiący: "na najbliższym rondzie zawróć".
SH: Marcin jest z tych, którzy dopiero jak dostaną w łeb i usłyszą trąby anielskie, zobaczą Archanioła Michała, to powiedzą: no, może rzeczywiście, ale jednak proszę się wylegitymować.
MP: Najpierw zapytam: ale jak to? Archaniele Michale. Dlaczego nie masz...
SH: Marcin, błagam Cię…

Bójki

Pobiliście się kiedyś?
SH: Jeszcze nie.
MP: Ale jest taki moment przesilenia ze zmęczenia podczas nagrywania „Mam Talent”. To są sesje trwające czasami po kilkanaście godzin – zaczynamy o 8, a kończymy o 23, albo i później. No i jest jakaś granica tego, co można znieść. Po jej przekroczeniu odbija nam głupawka. Kończymy szarpiąc się za włosy, ciągnąc za uszy.
SH: Zawijając w kotarę.
MP: Szczenięce harce dwóch znudzonych labradorów.
SH: Do czasu.
MP: Bo kończy się to zazwyczaj tak, że Szymon ma zjazd, przychodzi pan z wenflonem, który już ma swoje ulubione miejsce, gdzie należy go wkłuć. A ja wtedy wychodzę i biegam: "koniec zdjęć! Koniec zdjęć!".
SH: A mnie pakują do karetki, jak ostatnio, gdy dodatkowo podczas zdjęć zrzucił mnie koń. Włączają gwizdki i słyszę: no to co, Szymon, do Dzieciątka Jezus?

Cukierek albo psikus

Robicie innym żarty na planie?

MP: Mamy bardzo fajną ekipę operatorów, dźwiękowców, kierowników planu, z którą pracujemy od wielu lat. Tworzymy taki program w programie, jesteśmy oddzielnym komando, które działa na tyłach frontu. Nie do końca jesteśmy kontrolowani, reżyser nie w pełni nad nami nie panuje. Gdyby zrobić program, który pokazałby 100 proc. tego, co my tam wyprawiamy, byłby to przełom w polskiej telewizji.
Osiedlowa banda?

SH: Coś na kształt. Ale to się udaje też dlatego, że ciekawość tych ludzi, którzy przychodzą od programu jest w nas autentyczna. Czasami, żebyśmy nie wiadomo jak byli zmęczeni, podrywamy się i mówimy: ej, ej, zobacz, co on robi! Też jesteśmy widzami.
MP: Więc z drugiej strony jeśli coś nie jest interesujące, to nie udajemy sztucznego podekscytowania. Szymon na przykład zawsze się oburza i wychodzi, kiedy widzi nagą kobietę.
SH: Nasza dyżurna striptizerka, która z uporem lepszej sprawy twierdziła, że uprawia burleskę, przeszkadzała mi nie tyle ze względu na nagość (jak ktoś lubi, gdy ludzie się gapią jak ściąga z siebie szatki, to co ja na to poradzę), ale ze względu na coś, co nazwałbym instrumentalnym traktowaniem kobiet. Mój problem jest więc taki, jaki ze striptizem mają feministki. Ale ja też starałem się jej nie okazywać niechęci, byłem uczciwy wobec niej. Po prostu wyłączyłem się z udziału w programie, kiedy ona występowała, nie chciałem urazić jej jakimś przykrym komentarzem przed milionami ludzi..

Wojtyła
Dorośniecie kiedyś?
MP: Dorosłość jest przereklamowana, bo co to znaczy? Co jest funkcją dorosłości? To, że jesteś ponurym człowiekiem w wełnianym kardiganie, który nie jest w stanie zdobyć się na spontaniczne reakcje?
SH: Który jest over the hill? Ma już z górki?
MP: To nie jest dorosłość. To jest zdziadzienie, zgorzknienie. Półmartwość. Myślę, że dorosłość demonstruje się w zupełnie innych sferach i w zupełnie innych zachowaniach, niż to, czy ktoś jest zabawnym trefnisiem, czy nie jest. Tak rozumianą dorosłość odrzucam.
SH: Natomiast będziemy się z pewnością w naszych działaniach...
MP: Pięknie starzeć.
SH: Bo starzenie też jest procesem wpisanym w dojrzewanie.
MP: Funkcją dorosłości nie jest to, czy ktoś nosi trampki do garnituru...
(Zaglądam pod stół i sprawdzam, w jakim obuwiu przyszli panowie. Nie w trampkach.)
MP: ...czy nie nosi. To jest stosunek do hasła „odpowiedzialność”. To jest kategoria dorosłości dla mnie.
SH: O. Karol Wojtyła. "Miłość i odpowiedzialność".
MP: Widzisz, jak blisko byłem największego Polaka w dziejach?
SH: Napiszę kiedyś taką książkę: Wojtyła i Prokop.
MP: Nie, to ja napiszę książkę "Wojtyła i ja". Dlaczego ty masz jeszcze uczestniczyć w tej relacji?

Backstage
Wiesz co, Szymon? Ale ja naprawdę myślałam, że jesteś niższy.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.