Roma Gąsiorowska: Realia aktorstwa są okrutne

Roma Gąsiorowska: W teatrze zarabia się tyle, że ledwo wystarczy na opłacenie mieszkania.
Roma Gąsiorowska: W teatrze zarabia się tyle, że ledwo wystarczy na opłacenie mieszkania. fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
"Wszyscy myślą, że jak grasz w filmie, to zarabiasz półroczną pensję. To nieprawda - wystarczy może na dwa miesiące. A w teatrze zarabia się tyle, że ledwo starczy na opłacenie mieszkania" - mówi Roma Gąsiorowska. W rozmowie z Anną Wittenberg opowiada o rozczarowaniu, jakie spotyka absolwenta studiów aktorskich, o tym, jak sobie poradzić na rynku pracy i jak przetrwać krytykę, która przychodzi po filmie tak złym, jak "Kac Wawa".


Jak wyglądał Twój egzamin do szkoły teatralnej?

Wiesz co, to było dawno temu. Z samych zadań niewiele pamiętam, zostało mi tylko wrażenie potwornego stresu...

Pytam, czy to takie trudne, bo teraz sama założyłaś szkołę, w której przygotowujesz nastolatki do egzaminu.

Trudne. Przy tym jest bardzo duża konkurencja. Jeśli ktoś jest niepewny i mało odporny na stres, jest mu ciężko wydobyć z siebie subtelne niuanse interpretacji, na które komisja zwraca uwagę. Na kursie przygotowującym do egzaminów pomagamy dobrać odpowiednie do temperamentu i warunków teksty, po to aby kandydat w pełni zaprezentował wachlarz swoich możliwości. Zajmujemy się interpretacją tekstów, piosenek oraz ruchem i emisją głosu. Podpowiadamy też, jak nabrać pewności siebie i pokonać swój stres, albo wykorzystać go umiejętnie.

Kim będą absolwenci twoich kursów?

Niekoniecznie aktorami. aktoRstudio da im różnego typu doświadczenia: spektakl, film na żywo, program w internecie... Dużo pracują z kamerą, a będą też konfrontować się z widzami. Nabiorą umiejętności, świadomości aktorskiej. Ale oprócz tego głównym naszym celem, jest rozwój osobowości twórczej. Chodzi mi o to, żeby oni odkryli jakieś swoje talenty; namawiam ich do tego, żeby próbowali.

Przykładem są zresztą moi wykładowcy - każdy jednocześnie jest aktorem i scenarzystą, albo reżyseruje, albo pisze poezję. Ja sama jestem przykładem człowieka renesansu. Jak czegoś nie potrafię, a potrzebuję, to po prostu się tego uczę. Na przykład montować filmy. W pewnym momencie życia każdy aktor, nawet jak jest spełniony (a może właśnie wtedy...) chce iść gdzieś dalej.


Chcesz stworzyć pełnowymiarową uczelnię artystyczną?

Oczywiście, taki jest cel! Dziś mamy dwie grupy, to jest tyle, na ile byłam gotowa. Na razie wypracowujemy sobie system, wypracowujemy program, próbujemy się zgodzić w jakiejś koncepcji. Docelowo chcę zarejestrować szkołę jako placówkę oświatową. Utworzę wówczas tryb dzienny, a kursy będą trwały trzy lata. Zajęcia będą w tygodniu i w weekendy, będzie kilka grup. Myślę, że to się uda.

Warto dziś jeszcze zdawać do szkoły aktorskiej?

Pewnie, że warto. Jeśli ktoś marzy o pracy w teatrze, to jest jedyna droga. Nikt tam nie zatrudni aktora bez dyplomu, no chyba, że jako statystę. Trochę inaczej jest w filmie, tam często potrzebują młodych, zdolnych, nawet bez doświadczenia.

Tu zresztą też aktoRstudio może pomóc. Najlepszy dowód, że jedna z dziewczyn, która ukończyła nasz kurs - Eliza Rycembel, dostała główną rolę w filmie u Ani Kazejak-Dawid. Niektórzy reżyserzy traktują nas jak agencję aktorską. To dla mnie duży komplement.

Czyli bajka.

Daj spokój, nie mydlimy oczu. Takie sytuacje zdarzają się, ale nie często. Bo realia tego zawodu są okrutne.

Okrutne?

Wielu aktorów z dyplomami wyższych uczelni nie pracuje w zawodzie, bo nie ma dla nich pracy, pomimo iż są zdolni. Nie zawsze niestety liczy się talent. To wszystko jest bardzo niewymierne i niewiele od nas samych zależy. Trzeba to mówić ludziom w szkole.

Nas przez pięć lat w Krakowie przekonywano, że wszyscy jesteśmy wyjątkowi, że robimy sztukę, że to jest najważniejsze. Pamiętam rozczarowanie, jakie przeżyli ludzie z mojego roku po dyplomie. Wyszli do rzeczywistości, gdzie chodzi głównie o komercję, która rzadko przecież przynosi twórczą satysfakcję.

Ty nie byłaś rozczarowana?

Miałam dużo szczęścia, bo zaczęłam bardzo wcześnie pracować. Byłam na pierwszym roku, kiedy dostałam rolę w filmie, na drugim próbowałam sił na scenie. Brałam udział w ciekawych projektach, a i tak to była jakaś mała część, może trzydzieści procent wszystkiego, co robiłam.

Tak naprawdę nie musiałam kończyć szkoły, bo miałam już etat w Teatrze Rozmaitości.

Dlaczego wróciłaś?

Chciałam być w porządku w stosunku do siebie i profesorów, którzy mnie bardzo wspierali. Szkoła dała mi dużo: wpoiła podejście misyjne do zawodu, szacunek do swojej pracy, ale wiele przedmiotów nie było ani potrzebnych, ani i przydatnych. Można by to wszystko inaczej zorganizować.

Poza tym ciężko było o prawdziwe przyjaźnie...

Jak to?

Może dlatego, że ten zawód jest bezwzględny? Pamiętam, że jak wróciłam do szkoły po Terenie Warszawa, kiedy zostałam okrzyknięta przez krytyków "objawieniem", nie było mi łatwo odnaleźć się w realiach szkolnych. Kiedy pojawiałam się na korytarzu, nagle wokół mnie zaczynało być pusto. Słyszałam szmery za plecami. Nie było to przyjemne, ale rozumiałam, dlaczego tak jest – ludzi, którzy zaczynali równolegle ze mną po prostu wkurzało, że nie są na moim miejscu. Okazywali to, nawet pomimo że bardzo mnie lubili.

Teraz kiedy spotykam ludzi równie spełnionych, lub równie mocno dążących do swoich celów, okazuje się, że mam z nimi wiele wspólnego – wszyscy mamy bardzo wąskie grono znajomych. Sprzyjają nam tylko te osoby, które mają szczęśliwe i poukładane życie. Przyzwyczaiłam się, to typowe w kraju, gdzie zazdrość, nienawiść i podkładanie sobie wzajemnie kłód pod nogi są wpisane w mentalność.

Nie oceniasz zbyt surowo?

Nie. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy tacy są, ale znacząca większość. Coraz częściej spotykam ludzi, którzy są obłudni, zakłamani. Dla mnie zawsze najważniejsza jest prawda, choć nie zawsze jest przyjemna, nie potrafię inaczej. Dlatego też nie jestem wszędzie mile widziana, bo niestety w dużej mierze to jest gra konwenansów. Mało kto mówi to, co naprawdę myśli, pokazuje siebie w pełni.

Nie wspomnę już o sytuacjach typu: pojawiasz się na chwilę na planie, spotykasz osoby które znasz, koleżanki uśmiechają się do ciebie, a później wszystko o czym rozmawiałyście wykorzystują przeciwko tobie. Ciągle się słyszy, że ktoś zakablował kogoś do tabloidu...

Mnie na szczęście to nie spotyka często. Chyba mam już na tyle wypracowaną energetyczną ochronę, że nie tykają mnie.

W wywiadach podkreślasz, że pomagacie przyszłym aktorom zbudować wokół siebie bańkę. Co to jest?

Bańką nazywam umiejętność zamknięcia się w swojej własnej przestrzeni wobec innych ludzi. W sytuacji, kiedy mamy zadanie aktorskie jest niezbędna, żeby pomimo czasem nie sprzyjających okoliczności, czy ludzi, osiągnąć zamierzony stan i kontrolować to co się z nami dzieje i świadomie dążyć do wyznaczonego celu. Myślę, że przede wszystkim pomaga wysoka samoocena. To jest pierwsza rzecz, która sprawia, że taka bańka powstaje. Jeżeli mam jakieś kompleksy, to muszę sobie zadać pytanie, co to jest i dlaczego, i albo to pokonać, albo zaakceptować. Bo gdy ktoś nie jest pogodzony ze sobą, widać to na pierwszy rzut oka.

Występ przed widzem, czy przed kamerą to jest ogromny stres. Bańka wokół ciebie powoduje, że jesteś w stanie skupić się na swojej myśli, intencji, zadaniu i nic nie jest w stanie cię wybić. To coś, co ja sobie wypracowałam i uważam za bardzo cenną umiejętność. Dzięki temu można osiągać rezultaty aktorskie, jakie się chce, dążyć do tego, by kontrolować emocje bez względu na to, czy ktoś cię chwali, czy niszczy, czy lubisz swoich partnerów, czy reżyser ma fanaberie. Ty odpowiadasz świadomie za siebie i jesteś ze sobą w zgodzie. O to chodzi.

A o to, żeby się nie dać popularności?

Nie wiem, co to znaczy.

W 2009 roku do kin weszło pięć twoich filmów. W 2011 – znów pięć. Do tego seriale, teatr. Byłaś na okładkach, w programach telewizyjnych. I nagle po postu zniknęłaś. A teraz sobie gadamy i mam przed sobą równą, fajną babkę.

Wiesz co, bo ja nigdy nie marzyłam o tym, żeby być popularna. Zdawałam sobie sprawę, że takie mogą być konsekwencje, ale mimo wszystko było dla mnie zaskakujące, że kiedy zagrałam w „Londyńczykach”, ludzie zaczęli mnie utożsamiać z Mariolką, moją postacią i rozpoznawać na ulicy. Na początku nawet mnie to wkurzało, bo to nie była dla mnie reprezentatywna postać, ale krok po kroku musiałam to w sobie oswoić i przestać z tym dyskutować. Cieszyłam się, kiedy zaczęto doceniać moje role filmowe, bo to mnie trochę uwolniło od tej roli w serialu.

„Kac Wawa”?

Musisz o to pytać?

Muszę.

Co mam ci powiedzieć? Zagrałam dla pieniędzy (śmiech). Nie lubię się tłumaczyć ze swoich wyborów. Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, wiedziałam, że przynajmniej przez rok nie będę pracować. No i tyle. Zaryzykowałam, oczywiście wyszło, jak wyszło, efekt nie był trudny do przewidzenia.

Ale byłam wtedy na tyle uzbrojona, że to co działo się później zupełnie po mnie spłynęło. Nie mam poczucia, że żałuję tej roli. Trudno, taka jest sytuacja na polskim rynku, nic na to nie poradzę. Gdybym była w komfortowej sytuacji, że mogę przebierać w scenariuszach, odrzucać coś, co mi się nie podoba, byłoby wspaniale. Ale tak nie jest.

Bo polskie kino jest słabe?

Nie no, tamten film był słaby, ale nie można tak mówić generalnie o polskim kinie. Po prostu dobrych produkcji robi się mało i nie dostajesz za nie takich pieniędzy, żeby starczyło ci do następnej. Wszyscy myślą, że jak grasz w filmie, to zarabiasz półroczną pensję. To nie prawda - wystarczy może na dwa miesiące. A w teatrze zarabia się tyle, że ledwo starczy na opłacenie mieszkania. Chcąc nie chcąc musimy grać w serialach. Takie są realia.

Z drugiej strony jest też tak, że Polacy nie dbają o to, żeby było lepiej. Pojechałam na festiwal polskich filmów do Los Angeles, wyświetlano tam cztery filmy z moim udziałem. Pytano mnie, dlaczego ja z takim dorobkiem nie jestem jeszcze gwiazdą w Hollywood. Ale czy ktoś w ogóle zaprosił jakiegoś hollywoodzkiego agenta czy producenta na ten festiwal? Żeby zobaczył cztery filmy z moim udziałem? Nie.

Ale teraz to nie jest dla mnie takie ważne, bo moje życie bardzo się zmieniło po urodzeniu dziecka. To się stało w dobrym momencie, miałam czas na uspokojenie i przemyślenie, czy idę dobrą drogą.

Idziesz?

Myślę, że dzięki naprawdę wielu doświadczeniom, które miałam w życiu, stałam się dojrzała. Kiedy to zrozumiałam, poczułam, że mogę robić coś więcej, stąd też się wziął pomysł na szkołę, chciałam popróbować swoich sił właśnie jako pedagog.

I przedsiębiorca. Jaką jesteś szefową?

Mogłabym być trochę bardziej surowa (śmiech). Właściwie trudno powiedzieć, bo pracuję w większości z moimi przyjaciółmi, to nie jest jakaś zwykła firma, która przynosi dochód. Kiedy zaczynaliśmy zależało mi na tym, żebym na wszystko była gotowa, żeby to się działo krok po kroku. Chciałam się uczyć, bo wiedziałam, że to są moje początki i to, jak one będą wyglądały, będzie miało wpływ na całą przyszłość tego pomysłu.

Często pracuję po 20 godzin na dobę, oczywiście nie narzekam, bo to na własne życzenie. Priorytetem jest dla mnie dom i rodzina, więc często jest tak, że kładę dziecko spać i rzeczy związane z firmą robię po nocy. Mam na to siłę, bo czuję się za to odpowiedzialna, wiem, że jak ja tego nie zrobię, to się po prostu nie wydarzy. Powiedziałam sobie w listopadzie rok temu, że czekają mnie trudne trzy lata, ale wiem, że taki czas jest potrzebny, dopóki nie zacznie ta cała maszyna funkcjonować.

Logo szkoły to twój portret, wyglądający jak Marylin Monroe w wykonaniu Andy'ego Warhola. Dlaczego?

Marilyn była dla mnie fascynującą osobą, symbolem czegoś niedoścignionego w aktorstwie. Jej sposób gry wydaje się ulotny i przypadkowy, ale ona miała wszystko to wypracowane - krąży bardzo wiele legend o tym, jak była pracowitą aktorką. Z drugiej strony była pierwszą ofiarą systemu, który powstał w Hollywood. Jej wizerunek wykreowali producenci, a ona nie mogła się go już pozbyć, bo była nim zniewolona. Jednocześnie była w tym bardzo samotna, bo ludzie traktowali ją jak obiekt, tak naprawdę nikt nie docierał do środka. Marilyn pisała o tym w pamiętnikach, do których teraz możemy dotrzeć.

Wspomnienia Marilyn były dla mnie samej rodzajem alarmu, bo mechanizmy showbiznesu działają dziś tak samo. Kiedy grałam swoje pierwsze role, ludzie, z którymi pracowałam mówili, że nie mam skóry...

Jak to?

Chodziło o wrażliwość, to była taka metafora kogoś, kto jest zbyt otwarty. Mnie wszystko dotyczyło osobiście, przeżywałam każdą postać, którą grałam. Właśnie wtedy Marylin była dla mnie ostrzeżeniem. Patrzyłam na nią i mówiłam sobie „uważaj, żeby z Tobą się nie stało to samo”.

Bo, widzisz, to jest pasjonujące, kiedy się wchodzi głęboko w emocje postaci, kiedy czujesz, że ona żyje z tobą, że oddajesz się jej całkowicie... Z drugiej strony spektakl się kiedyś kończy i musisz wrócić do tego, kim ty jesteś. Marylin moim zdaniem nie poradziła sobie sama ze sobą.

Tyle Marilyn. A dlaczego Warhol?

On z kolei jest dla mnie symbolem bezkompromisowego artysty, który nie bał się przekroczyć granicy oddzielającej od sztukę do komercji. Nie zważając na to jak będzie postrzegany potrafił nazwać sztuką coś, co innym wydawało się banałem. I do tego zarobił na tym kupę pieniędzy (śmiech). Tworzył miejsce i skupiał ludzi najbardziej kontrowersyjnych w swoich czasach.

Wszyscy chcieli byś w fabryce Warhola.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
RECENZJA 0 0Obejrzałem sequel "Lśnienia". To nie jest zwykły skok na kasę, ale i tak jest z nim problem
Volvo 0 0Chcesz tanio kupić nowy samochód? To najlepszy moment. Zobacz, co wymyśliło Volvo
Leroy Merlin 0 0Glamour, a może... pustynny? Najnowsze ekscytujące trendy w urządzaniu wnętrz
WYWIAD 0 0Wyślij kartkę do 5-letniej Natalki! Mama przekłada święta i prosi internet o pomoc

MOTO

POLECAMY 0 0Polacy sprzątają Himalaje. Andrzej Bargiel wziął worki i poszedł na lodowiec. "Ilość śmieci szokuje"
DADHERO.PL 0 0Co się dzieje, gdy wrzucasz do sieci zdjęcia swoich dzieci? Zanim to zrobisz, przeczytaj ten tekst
POLECAMY 0 0Przez nową modę wstydzę się, że mam iPhone’a. Najgłupsza rzecz w smartfonach, jaką widziałem