
Ofiary śmiertelne, poważne straty i paraliż miast - tak z Polską obszedł się orkan Ksawery, który w piątek uderzył w nasz kraj. Najsilniej w Pomorze, którego mieszkańcy zdają się mieć jednak więcej pretensji do drogowców niż przyrody. - Kiedyś media mówiły o drogowcach, dziś wszystko zrzuca się na jakiegoś Ksawerego - słyszę na ulicach Gdańska.
REKLAMA
Już rano niezwykle porywisty wiatr stał się przyczyną tragedii pod Lęborkiem. Na jadący lokalną drogą samochód spadło drzewo. Zmiażdżyło cały przód auta. Zginęła trójka pasażerów, tylko jednemu udało się ujść z życiem. O krok od tragedii było także popołudniu w okolicach Malborka, gdzie trudne warunki atmosferyczne przyczyniły się do wypadku autobusu. Na skutek zderzenia z drzewem rannych zostało kilkanaście osób. Do poważniejszego wypadku doszło pod Człuchowem, gdzie w podobnych okolicznościach zginęła jedna osoba, a 24 zostały ranne. Na Dolnym Śląsku wiatr zepchnął mężczyznę z balkonu.
Wielkie utrudnienia, niewiele ofiar. Na szczęście
Na całe szczęście od tego czasu nie ma nowych doniesień o ofiarach orkanu Ksawery ani z Pomorza, ani z innych regionów Polski. Niestety co chwilę zmieniają się informacje na temat paraliżu komunikacyjnego w największych aglomeracjach i awariach zasilania w mniejszych miejscowościach. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, w całym kraju prądu nie miało kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Miliony stały tymczasem w korkach lub zaspach.
Na całe szczęście od tego czasu nie ma nowych doniesień o ofiarach orkanu Ksawery ani z Pomorza, ani z innych regionów Polski. Niestety co chwilę zmieniają się informacje na temat paraliżu komunikacyjnego w największych aglomeracjach i awariach zasilania w mniejszych miejscowościach. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, w całym kraju prądu nie miało kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Miliony stały tymczasem w korkach lub zaspach.
Ksawery uderzył w Pomorze
Opóźnienia pociągów na gdańskim dworcu sięgały nawet 300 minut.
Utrudnienia dotknęły bardzo mocno mieszkańców Trójmiasta. W ciągu całego dnia z awariami zasilania borykali się mieszkańcy centrum Gdańska. Zwykle tętniące w południe życiem główne ulice centrum dziś przypominały wymarłe miasto. Tłumy można było spotkać tylko na przystankach autobusowych i tramwajowych oraz na dworcu kolejowym. - W sobotę rano mam ważne spotkanie w Krakowie, ale nie mam pojęcia jak tam dotrę. Samolot już dzisiaj straciłem - mówi pan Michał, który znalazł się w sporej grupie podróżnych, których pociąg spóźniał się już kilkadziesiąt minut.
Paraliż gdańskiego dworca w dużej mierze został wywołany z powodu zerwania trakcji pomiędzy Oliwą a Sopotem na torach trójmiejskiej Szybkiej Kolei Miejskiej. Solidarnie na dworcu marznęli więc wszyscy niedoszli pasażerowie kolei. A wielu, jak zwykle w takich sytuacjach puszczały nerwy. - Jak to możliwe, że w cywilizowanym niby kraju co roku pierwszy śnieg paraliżuje cały kraj?! - grzmiała w holu dworca pani Maria, która czekała na przyjazd pociągu z jej córką, który zaliczył jak na razie rekordowe opóźnienie ponad... 300 minut.
Zimą trzeba mieć szczęście
- Do pracy zdążyłam dziś tylko dlatego, że trafiłam na spóźniony autobus. Miałam sporo szczęścia. Także dlatego, że ten, którym jechałam w ogóle w miarę sprawnie dojechał, bo rano drogi były w strasznie złym stanie. Nie widziałam chyba żadnej piaskarki przez całą podróż - mówi pani Hanna, którą spotykam, gdy zmarznięta czeka na tramwaj do domu. Oczywiście spóźniony już o kilkanaście minut.
- Do pracy zdążyłam dziś tylko dlatego, że trafiłam na spóźniony autobus. Miałam sporo szczęścia. Także dlatego, że ten, którym jechałam w ogóle w miarę sprawnie dojechał, bo rano drogi były w strasznie złym stanie. Nie widziałam chyba żadnej piaskarki przez całą podróż - mówi pani Hanna, którą spotykam, gdy zmarznięta czeka na tramwaj do domu. Oczywiście spóźniony już o kilkanaście minut.
W Gdańsku walki z pogodowym paraliżem nie ułatwiali jednak także kierowcy, którzy doprowadzili do szeregu zdarzeń utrudniających i tak powolny ruch na trójmiejskich ulicach. Gdy więc energetycy uporali się z awarią zasilania trakcji tramwajowej w jednej części miasta, ciężarówka, której kierowca nie poradził sobie z warunkami pogodowymi zablokowała torowisko w innym newralgicznym miejscu.
W Gdyni, która wciąż walczy z wielką awarią zasilania w samym centrum miasta sytuację na drogach pogorszyli tymczasem kierowcy ciężarówki i auta dostawczego, którzy zbyt brawurowo chcieli pokonać zaśnieżoną trasę w okolicach ul. Janka Wiśniewskiego. Tego typu mniejsze lub większe zdarzenia powodują, iż w godzinach szczytu kilka kilometrów dzielących Gdańsk-Wrzeszcz od Sopotu kierowcy pokonywali najszybciej w około dwie godziny.
Drogowcy niewątpliwie zaskoczeni
Jazda maksymalnie na drugim biegu lub walka z poślizgami na słabo odśnieżonych drogach to też jedyne wyjście dla mieszkańców Gdańska-Południe, nad którym w piątkowe popołudnie przeszły chyba najsilniejsze śnieżyce w Trójmieście. Wiele ulic w okolicach Łostowic, Ujeściska, Zakoniczyna i Szadółek przypomina raczej lodowisko i trudno dostrzec na nich choćby odrobinę piasku lub soli drogowej.
Jazda maksymalnie na drugim biegu lub walka z poślizgami na słabo odśnieżonych drogach to też jedyne wyjście dla mieszkańców Gdańska-Południe, nad którym w piątkowe popołudnie przeszły chyba najsilniejsze śnieżyce w Trójmieście. Wiele ulic w okolicach Łostowic, Ujeściska, Zakoniczyna i Szadółek przypomina raczej lodowisko i trudno dostrzec na nich choćby odrobinę piasku lub soli drogowej.
Atak zimy w Trójmieście
Tak wyglądała większość dróg w Gdańsku. Nie lepiej jest w miastach ościennych.
- My mamy zawsze w takie dni dobry zarobek, bo komunikacja nie jeździ, a ludziom się spieszy, ale cholery można dostać, gdy na drodze widać, że znowu kogoś zima zaskoczyła. Taryfę mam 18 lat i rok w rok to samo. Tylko teraz zamiast o zaskoczonych drogowcach media mówią o jakichś Ksawerych - stwierdza poirytowany pan Janusz, którego taksówkę mijam gdy próbuje podjechać w górę na ulicy prowadzącej na lotnisko, na które spieszy się jego pasażer.
Pasażer pana Janka spieszy się do Rębiechowa do pracy, bo o lotach z Gdańska w ostatnich godzinach można było właściwie zapomnieć. Port im. Lecha Wałęsy był sparaliżowany od piątkowego poranka. W chwili publikacji tego materiału z gdańskiego Rębiechowa udało się wzbić zaledwie trzem maszynom, a posadzić dwie. Szczęśliwcami okazali się tylko pasażerowie podróżujący do Kopenhagi, Monachium i Londynu.
