
Gdy w 2007 roku Euzebiusz Smolarek strzelał dwa gole Portugalii, Dariusz Szpakowski krzyczał, że historia zatacza koło. Że syn trafia jak kiedyś ojciec, w Meksyku, w 1986 roku. To jednak nic w porównaniu z historią, jaką wczoraj w Gabonie napisali piłkarze reprezentacji Zambii. Gdy 19 lat temu kilka kilometrów stamtąd spadł do morza samolot i zginęła cała reprezentacja kraju, jedni uczyli się chodzić, inni mówić, jeszcze inni być może pamiętają, jak z rodzicami oglądali przejęci telewizyjne relacje z tragedii. Jednak od wczoraj Gabon nie jest już synonimem katastrofy lotniczej, a wielkiego triumfu, historycznego wyczynu. Bo Zambia, wygrywając po karnych 8-7 z Wybrzeżem Kości Słoniowej, wygrała Puchar Narodów Afryki. Po raz pierwszy w historii.
A jej rywale. W serii rzutów karnych najpierw pomylił się Kolo Toure. Wart 13 milionów euro. Potem w bramkę nie trafił Gervinho, kolega Szczęsnego z Arsenalu, który, jak było widać, robił wszystko by do karnego nie podejść. Jego wartość? 16 milionów. Zambia razy dwa. Przepaść.
Czyli w niedzielę Dawid ograł Goliata. Co więcej pokonał go, prezentując piłkę ciekawszą, ładniejszą dla oka. Gra z zakodowaną w mózgu myślą o tych, którzy 19 lat temu, zamiast awansować na mundial w USA nagle, w jednej chwili, runęli do morza, mogła spętać piłkarzom nogi. Ale jednak nie. Okazała się pozytywną motywacją.
Każdy Zambijczyk usłyszał przed meczem jak Linda w "Przypadku" Kieślowskiego: "Nic nie musisz". I tak osiągnąłeś wiele. I każdy zagrał bez presji. Tak by przejść do historii.
A Zambia? Nigdy nie widziałem, by jeden z zespołów w finale tak ważnej imprezy grał z takim luzem. W zasadzie każdą sytuację bramkową podopieczni Herve'a Renarda tworzyli po pięknej, kombinacyjnej akcji. I ta sytuacja z dogrywki. Bramkarz Kennedy Mweene wybiega poza pole karne. Każdy bramkarz, nawet ci lekko szaleni jak Boruc czy Szczęsny, wybiłby piłkę na aut. Ale nie Mweene. On podał do przodu, do kolegi, a potem jeszcze chwilę później potrafił rozegrać piłkę.
Historia kontra wielka generacja
Kibic obiektywny musiał mieć nie lada problem komu kibicować. Z jednej strony Zambijczycy piszący niesamowitą historię. Płaczący Musonda, który z powodu kontuzji musi opuścić boisko. Ławka rezerwowych śpiewająca w czasie konkursu jedenastek. Z drugiej jedenastka Wybrzeża Kości Słoniowej. Wielka generacja, świetni piłkarze, którzy na największych imprezach notorycznie zawodzą. Nic nie wygrali. Ale i mają pecha, bo na dwóch ostatnich mundialach los najpierw skierował ich do grupy z Holandią i Argentyną (2006), a potem z Brazylią i Portugalią (2010).
Rok 2006. W finale Pucharu Narodów Afryki Wybrzeże gra z Egiptem. Karne. Drogba się myli i zamiast złota jest srebro. Podobnie i teraz. Gdyby nie przestrzelił w drugiej połowie, to pewnie on, a nie Christopher Katongo z chińskiego Xenan podnosiłby w górę puchar. Genialny piłkarz, powoli już kończący karierę, który jednak niczego, poza ligą i krajowym pucharem, jak dotąd nie wygrał.
