
Od dziennikarzy dostał ksywkę ,,Hiszpański Banksy" i chociaż sam jest fanem artysty, uważa to za raczej zabawne i nietrafione. SpY z graffiti zerwał jeszcze w latach 90., chociaż wcale nie stroni od sprayu i farby.
REKLAMA
SpY, działa już od ponad 20 lat, to co robi (a ostatnio robi naprawdę wiele) nazywa interwencjami. Jego prace znalazły się na kilku wystawach, jednak on sam przestał widzieć już sens pokazywania prac w specjalnej przestrzeni galeryjnej.
Pisał o nim New York Times, rozmawiali dziennikarze z Wired i Esquire. Jego prace pojawiają się na blogach i portalach z całego świata. To chyba znaczy, że w tym co robi jest naprawdę niezły.
Sam SpY uważa, że to co robi nie powinno być już nazywane wandalizmem, w końcu dookoła powstają praktycznie wyłącznie rozwiązania, na które przeciętny obywatel nie ma wpływu i niekoniecznie jest z nich zadowolony. Co z tego, że powstały za specjalnym pozwoleniem, jeżeli naprawdę nikt nie ma ochoty oglądać kolejnego billboardu? Jego prace kojarzą się z przerwą na oddech. W wywiadzie dla Wired mówił:
Na codzień jesteśmy otaczani i atakowani obrazami i rzeczami, których wcale nie chcemy. Kiedy więc trafiamy na spontaniczny manifest artystyczny, powinien on być jakiegoś rodzaju ulgą dla otoczenia.
Jego prace są dokładnie takie. On sam nazywa je ,,interwencjami". Bawi się istniejącymi w mieście elementami, czasem je zmienia, czasem powiela, innym razem dodaje coś od siebie. Przestrzeń miasta nie jest dla niego płótnem, ale paletą różnych materiałów, z którego każdy daje inne możliwości. Stara się być konstruktywny, nie destrukcyjny.
Z pewnością jest fascynujący.
Z pewnością jest fascynujący.
Portfolio artysty można obejrzeć tutaj.
