![Urbańska broni swojej piosenki "Rolowanie" i twierdzi, że używa [url=http://shutr.bz/1lVnH7A]ponglish[/url]. Czyli czego?](https://m.natemat.pl/ba0de5cb27756caf7054e1aa7334e0ad,1500,0,0,0.jpg)
Tak się bawi wiele dziewczyn: biforki, afterki, czasami niestety również fejs demolejszyn. To tak zwany ponglish, który jest znakiem czasu – twierdzi Natasza Urbańska w "Fleszu", broniąc swojej piosenki. Ponglish, czyli co? I czy faktycznie można uznać, że polsko-angielski bełkot to znak dzisiejszych czasów?
Coś takiego jak ponglish istnieje bowiem naprawdę i nawet ma swój słownik. Tyle tylko, że bełkot z piosenki "Rolowanie" ma z nim niewiele wspólnego.
W środowiskach najdawniejszej już Polonii było to znane, mamy też to w różnych żargonach zawodowych (informatycy, marketingowcy itp.). Ale w sumie interesujące, bo dotyczy często słownictwa podstawowego.
Imigracja, imigrejszyn
W oczywisty jednak sposób do spopularyzowania tego typu języka przyczynili się polscy imigranci w Wielkiej Brytanii i Irlandii, od kiedy masowo – w okolicach lat 2004-2005 – zaczęli wyjeżdżać z Polski. Wtedy też ponglish znacznie intensywniej zaczął przedostawać się do Polski, a przede wszystkim – poszerzać swoją formę. Choć trzeba od razu powiedzieć, że w opinii prof. Miodka używanie takich hybryd "dotyczy ludzi najpasywniejszych intelektualnie". Profesor uważa też, że angielsko-polskie hybrydy nie zagrażają w żaden sposób naszej rodzimej mowie.
Pierwsza to spolszczanie angielskich słów i wyrażeń i wrzucanie ich w polską gramatykę. Tak było, co pamiętam nawet z lat dziecięcych, z wyrażeniami "check something out" czy "look at". Wśród moich rówieśników już w podstawówce mówiło się często "czeknij to" (w domyśle: sprawdź, zobacz) albo "luknij na to". Słowo "luknij" przyjęło się zresztą dość powszechnie. Inne przykłady: passnij mi coś (czyli podaj), callnij do mojego frienda i tak dalej.
Druga metoda to po prostu wplatanie pojedynczych angielskich słów w polską resztę zdania. To pewnie najpowszechniejsza metoda używania ponglish, często nieświadoma – bo wiele angielskich wyrazów, z braku polskiego odpowiednika, weszło do użycia na co dzień.
Warto zauważyć, że wiele z tych słów popularyzują konkretne branże czy środowiska – na co w swoim wpisie zwracał już uwagę prof. Bralczyk. Brunchy raczej nie poznalibyśmy, gdyby nie promowały ich restauracje, "bookowanie" zaś jest terminem z turystyki. I na szczęście "bukowania" używa się głównie w swoim pierwotnym kontekście, czyli branży turystycznej. Mówi się o bukowaniu lotów czy pobytu w hotelu, ale bilet do kina wciąż raczej – przynajmniej tak wnioskuję z obserwacji – rezerwujemy. A na przykład "idziemy na dancefloor" zamiast "na parkiet" wpajają nam gwiazdy polskiej muzyki – chąc tym samym choć trochę przypominać idoli z USA, krzyczących "everybody on a dancefloor!".
Używasz ponglish, czyli jesteś... głupi?
Jak widać, wiele z tych wyrazów czy wyrażeń trafiło do użycia potocznego. Czasem używamy ich nieświadomie, ba – za kilka lat być może "bifor" lub "after" trafią do słowników, bo ich polskich odpowiedników nie ma. Choć trudno uznać "ponglish" za znak naszych czasów, skoro używano go już w latach '90. Pytanie tylko: czy używanie takiego miksu źle o nas świadczy? Nie mnie oceniać, Państwu zaś przytoczę tylko opinię prof. Miodka, wygłoszoną na spotkaniu z Polakami w Londynie:
Jeśli tzw. ponglish jest zabiegiem celowym, to w porządku, ale jeśli to przejaw słabości, czyli braku dobrej znajomości zarówno języka polskiego, jak i angielskiego - wówczas nie jest to zjawisko godne pochwały.

