Poseł Joński: Powstanie Warszawskie wybuchło w 1988 roku. "Tacy posłowie jakie społeczeństwo"

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Poseł SLD Dariusz Joński stwierdził, że Powstanie Warszawskie wybuchło w 1988 roku, a stan wojenny wprowadzono rok później. Robert Biedroń z Ruchu Palikota nie wiedział, co to Konwent Seniorów. Sławomir Kopyciński, jego partyjny kolega i zastępca komisji finansów publicznych nie znał podstawowych pojęć z ekonomii. Czy jesteśmy skazani na niekompetencję naszych posłów? A może nie powinniśmy się ich czepiać, bo - jak twierdzi jeden z nich - "tacy parlamentarzyści, jakie społeczeństwo"?


Dziennikarze TVN 24 postanowili sprawdzić wiedzę historyczną polityków. Test nie wypadł pomyślnie, bo większość pytanych nie odważyła się wziąć w nim udziałów, a rzecznik SLD Dariusz Joński zaliczył kompromitującą wpadkę. Śpiewająco wyrecytował daty daty chrztu Polski czy przyjęcia Konstytucji 3 maja, ale na pytanie o wybuch Powstania Warszawskiego i wprowadzenie stanu wojennego wymienił odpowiednio 1988 i 1989 rok. W pierwszym przypadku "chybił" o ponad czterdzieści lat.


"Idiota albo się wygłupia"

Jerzy Wenderlich, wicemarszałek Sejmu i poseł SLD nie wierzy w to, że Joński nie wie, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie i kiedy wprowadzono w Polsce stan wojenny. - W ubiegłym roku rozmawiałem z Jońskim o Powstaniu Warszawskim i doskonale się w tej materii orientował - stwierdza.


Parlamentarzyści z innych partii są jednak dla rzecznika Sojuszu mniej wyrozumiali. - Może to jakieś przekłamanie, rodzaj intelektualnej prowokacji. Trzeba być niespełna rozumu żeby nie wiedzieć tak podstawowych rzeczy. Powinno być jasne, że są to akurat wydarzenia istotne dla naszej historii. Nie chodzi o znajomość dat, ale o umiejscowienie w czasie. Powstanie Warszawskie w 80. latach? Albo jest idiotą albo się wygłupia - komentuje dla naTemat Ryszard Terlecki, poseł PiS, z wykształcenia historyk.



Pomilczeć jak rzecznik, czyli jak zbyć dziennikarza


Czy na pewno trzeba "być idiotą albo się wygłupiać" żeby niechlubnie wsławić się niekompetencją? Poseł Joński to nie pierwszy taki przypadek w polskim parlamencie. Wcześniej bywali już posłowie, którzy okazywali niewiedzę w sprawach, w których z racji pełnionych funkcji powinni poruszać się biegle.

Niewiedza powszechna


Jeśli brać pod uwagę wpadki spowodowane brakami w wiedzy, w tej kadencji Sejmu brylują posłowie Ruchu Palikota. Miesiąc temu TVN 24 urządziło szefom wszystkich parlamentarnych komisji swoisty test kompetencji. Jan Cedzyński (wiceszef komisji gospodarki) i Sławomir Kopyciński (wiceszef komisji finansów) nie potrafili poprawnie odpowiedzieć na pytania, które ze względu na ich specjalizacje nie powinny sprawić im problemów. Nie wiedzieli między innymi, jaka jest wartość polskiego PKB, ile wynosi stawka CIT i jaka jest w Polsce płaca minimalna (w ostatnim przypadku pomylił się Cedzyński, Kopyciński odpowiedział poprawnie).

W tym samym badaniu nie popisał się też inny parlamentarzysta z RP, Artur Bramora, który zajmuje stanowisko wiceszefa komisji edukacji. On z kolei nie wiedział, do którego roku mamy obowiązek szkolny i jakie przedmioty trzeba zdawać na maturze. Jeszcze przed zaprzysiężeniem parlamentu braki Roberta Biedronia w wiedzy o funkcjonowaniu Sejmu ujawniła w Radiu Zet Monika Olejnik. - Konwent Seniorów to zebranie najstarszych posłów, a prezydium to spotkanie marszałków - stwierdził.

Polityk, który zaczyna mówić o sporcie. A może lepiej byłoby się nie odzywać?

Z każdym kolejnym przypadkiem, w którym media ujawniają i wyśmiewają niekompetencję polityka, pojawia się jednak pytanie, co tak naprawdę powinien on wiedzieć. Czy istnieje pewien zakres wiedzy obowiązkowej, której brak kompromituje naszych wybrańców?

Głupie społeczeństwo, głupi posłowie?

Sami posłowie o swojej niekompetencji mają różne zdania. Ryszard Terlecki przekonuje, że poseł powinien mieć elementarną wiedzę, ale ignorancja w pewnych sprawach jest czymś zupełnie normalnym. Bo takie jest społeczeństwo. - Na przykład jeśli ktoś kandyduje do parlamentu powinien mieć jakieś pojęcie o państwie czy historii. Demokracja ma jednak to do siebie, że również ludzie niewykształceni mają prawo posiadać reprezentację. Jeśli powstanie partia głupich, to jej posłowie pewnie będą bardzo słabo zorientowani w czymkolwiek - mówi.

Innym, jak Jerzemu Wenderlichowi, wystarczy, by poseł potrafił wiedzę znaleźć. - Nie można być depozytariuszem całej wiedzy, trzeba wiedzieć jak ją pozyskiwać, gdzie jej szukać - stwierdza wicemarszałek.

Z kolei poseł PO Stefan Niesiołowski na pytanie o kompetencje parlamentarzystów wręcz załamuje ręce. - Ignoranctwo jest gigantyczne. Na przykład samiec wrony to dla posłów kruk, a samiec sarny to jeleń. Moim zdaniem nie da się nic zrobić, tacy posłowie jakie społeczeństwo. 40 proc. Warszawiaków nic nie wiedziało o Powstaniu Warszawskim - zaznacza.

Pytanie tylko czy powinniśmy nad tym przejść do porządku dziennego? Z jednej strony trudno sprawdzić kompetencje posłów. Z drugiej, trudno wyznaczyć wyraźną granicę między dziennikarskim czepialstwem a brakiem obowiązkowej wiedzy. - W przypadku minister Joanny Muchy i pytania o ligę hokeja to było skandaliczne. Zmusić posłów do uczenia się może publikowanie i ośmieszanie sytuacji takich jak ta z rzecznikiem SLD - ocenia Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego.

Wszystko, co można zrobić, to obśmiewać takie sytuacje i przez to zmuszać posłów do nauki. I może lepiej zacząć naukę od podstawowych wydarzeń z historii najnowszej, a dopiero potem przejść do zależności między wroną a krukiem.