Paweł Żukowski na tle swojego cyklu do wystawy "Tribute to Moda Polska"
Paweł Żukowski na tle swojego cyklu do wystawy "Tribute to Moda Polska" fot. Paweł Żukowski

W Lookout Gallery na warszawskim Mokotowie, odbył się niedawno wernisaż wystawy "2m² Mody", podczas którego mieszcząca galerię kamienica przeżyła prawdziwy szturm. Ekspozycja składającą się ze świetnych zdjęć młodych polskich fotografów mody miała w mediach większe "branie", niż niejedna wystawa w Zachęcie. Czy to dlatego, że moda jest... modna? Z popularności wystawy "tłumaczy się" jej kurator, Paweł Żukowski, a także opowiada o micie głodującego artysty na kacu i o tym, jak studia na SGH pomogły mu w zostaniu fotografem.

REKLAMA
Czy to Twój debiut kuratorski?
Paweł Żukowski: Mój faktyczny debiut miał miejsce kilka lat temu, lecz tamta wystawa była dość żenująca i nie chcę do niej wracać (śmiech). Umówmy się, że to jest mój pierwszy poważny projekt.
Wernisaż odbył się prawie dwa tygodnie temu, więc emocje związane z otwarciem ekspozycji pewnie już okrzepły. Jak oceniasz jej odbiór?
Zaskoczył mnie fakt, że wystawa cieszyła się tak dużą popularnością wśród ludzi z branży modowej. Nie chcę sobie przypisywać jakichś wielkich zasług, jednak „2 m² Mody” to jedna z niewielu wystaw, która „wkłada” fotografię modową do galerii. To temat bardzo rzadko eksponowany, co jest dla mnie dziwne, ponieważ fotograficy modowi mają dużo mocniejszy „przerób”, niż artystyczni - fotografują więcej i częściej, a ci najlepsi tworzą nawet po kilka sesji tygodniowo. I według mnie to, co prezentują gazety, wydarte z kontekstu magazynu, jest autonomicznym obrazem, który można z powodzeniem rozpatrywać w kategoriach sztuki. Tak często dzieje się na zachodzie, gdzie zresztą polscy twórcy zdają się być bardziej docenieni niż u nas.
logo
Oprowadzanie kuratorskie po wystawie. fot. Lookout Gallery
Jakie trendy funkcjonują obecnie w fotografii modowej?
Kiedyś mieliśmy trend na bardzo „trashową” fotografię, czyli zdjęcia robione tanimi analogami, w których zupełnie nie liczyła się jakość. Za to teraz mógłbym powiedzieć, że rządzi minimalizm, jednak z drugiej strony... dzieją się także zupełnie inne rzeczy. Bardzo wielu ludzi bawi się w cyfrowe kolaże, zaczynają powracać działania na odbitce, pojawiają się stylizowane zagięcia zdjęć i dorysowane motywy.
Sam także fotografujesz, jednak na ASP wylądowałeś dopiero w wieku 29 lat - dziesięć lat później niż większości ludzi, którzy się tam kierują. Dlaczego?
Ponieważ studiowałem na SGH. Polecę stereotypem - w Polsce wymaga się, żeby facet zarabiał, a wiadomo, że na sztuce nie zarabia się dużo, o ile w ogóle. Nie mogę powiedzieć, żebym był niezadowolony z tych studiów, ponieważ pomogły mi poukładać naprawdę wiele rzeczy. Nauczyły mnie profesjonalnego podejścia do tego, co robię i odpowiedniej komunikacji. Jednak z drugiej strony, nie wyobrażałem sobie bycia panem z korporacji, który jeździ na Służewiec i przez pół godziny zastanawia się, gdzie zaparkować. Stwierdziłem, że w wieku 29 lat jeszcze mogę coś zmienić i poszedłem na ASP.
Jak zareagowało na to twoje otoczenie - rodzina i przyjaciele?
Bardzo mocno mnie wspierali.
Czy była jakaś dramatyczna różnica pomiędzy tobą, a osiemnastolatkami, z którymi zacząłeś studiować?

Obserwując na ASP ludzi młodszych ode mnie zauważyłem, że mają bardzo duże problemy z formułowaniem myśli i cieszył mnie fakt, iż ja trafiłem tam tak późno, mając wiele rzeczy już poukładanych w głowie. Poza tym, lądując na ASP nie jesteś w jednorodnej grupie studentów, których interesuje praca w dziale marketingu w jednej z największych korporacji, tak jak to było na SGH. ASP to zbiór indywiduów i każdy ma tam zupełnie inną wrażliwość. Widziałem pomiędzy sobą i nimi różnice spowodowane moim wiekiem, lecz artystycznie byłem na takim samym etapie. Jedyne co mnie różniło to fakt, że przeczytałem trochę więcej książek niż oni i widziałem więcej wystaw.
A jak wyglądała pierwsza prezentacja twoich własnych prac w galerii?
Pierwsza zbiorowa wystawa, w której brałem udział, odbyła w CSW, w ramach cyklu "Galeria Bezdomna". Pokazałem na niej projekt będący efektem podglądania moich sąsiadów, mieszkańców luksusowego apartamentowca, przez dobrych parę lat.
Czy to przypadkiem nie jest niezgodne z prawem?
Jest. Ale sąsiedzi nie byli rozpoznawalni na tych zdjęciach, stanowili jedynie jakiś zbiór podejrzanych pikseli, rozmazanych, niejasnych kształtów. Ten projekt się spodobał, ale ze względu na potencjalną możliwość łamania prawa trzymam go trochę z dala od ludzi. Może kiedyś wystawię to za granicą.
Jak współpracuje się z galeriami? Czy taka praca rządzi się jakimiś skomplikowanymi prawami, czy wygląda najprościej na świecie: ustala się, robi i jest?
Ustala się, robi i jest. Dziewiętnastowieczny mit artysty, który wchodzi rano do pracowni skacowany, ogarnia go natchnienie, albo nie ogarnia i idzie wtedy do kawiarni po kieliszek absyntu, już dawno upadł. W tej chwili bycie artystą to zawód, który wykonuje się najzwyczajniej w świecie. Albo na czyjeś zamówienie, albo na własną potrzebę. Natomiast galeria jest firmą, korporacją. Prace muszą się skądś wziąć, muszą zostać zawieszone, odpowiednio oświetlone, ktoś musi zaprosić gości na wernisaż, a ktoś inny zadbać, żeby pojawiło się na nim wino. Jeśli wystawa jest bardziej skomplikowana, ktoś projektuje do niej scenografię, a ktoś inny ją wykonuje, i tak dalej.
Określiłeś artystę jako zawód, lecz z drugiej strony nie macie ubezpieczenia, emerytury, ani stałych godzin pracy. Funkcjonujecie właściwie bez żadnych przywilejów.
To cholernie trudny zawód. Nie siedzisz w pracy tak jak wszyscy, od 9 do 17. Ja pracuję cały czas, ciągle projekty mielą mi się w głowie, chcę je udoskonalać i zmieniać. Jako artysta tworzysz non stop i tak naprawdę niewiele z tego masz. Wszyscy politycy bardzo ładnie podpinają się pod sukcesy polskich artystów za granicą, lecz za tym nie idą żadne konkretne deklaracje. Są stypendia, jednak ich jest zawsze za mało. Decydując się na funkcjonowanie na rynku zawodowym jako artysta musisz liczyć się z tym, że nie będzie łatwo.
Czy artyści nie będący super gwiazdami są w stanie utrzymać się ze sztuki? Mówiłeś, że mit natchnionego artysty z kieliszkiem absyntu upadł, a czy mit głodującego artysty również?
Myślę, że on ciągle trwa. Rozmawiałem ostatnio z artystką, która ma świetną pozycję na rynku, a jej prace były pokazywane we wszystkich najważniejszych galeriach w Polsce. Przyznała się, że żyje jak „dziadówa” i ciężko jest jej wiązać koniec z końcem. Jeden z profesorów na warszawskiej ASP powiedział, że artysta to zawód dla kobiet, które wyjdą za bogatych mężów, albo dla tych, którzy mają bogatych rodziców.
logo
Coroczna akcja Pawła Żukowskiego, polegająca na sfotografowaniu się pierwszego grudnia (w Światowy Dzień Walki z AIDS) w tej samej koszulce fot. Paweł Żukowski
Czy nie powoduje tego fakt, że fotografowie, projektanci i inni, robią często rzeczy za darmo, bo niejednokrotnie tylko takie propozycje dostają? Czemu akurat ich to spotyka? Nikt nie przychodzi do mechanika samochodowego i nie prosi go, żeby zrobił coś gratis, bo będzie miał to „do portofolio”.
Dzieje się tak dlatego, że praca kreatywna polega na wysiłku intelektualnym. I ci, którzy chcą żeby zrobić im coś za darmo, nie doceniają tego, co musi stać się wcześniej, czyli inwestycji artysty w swój kapitał intelektualny i zainteresowania, jak na przykład w przypadku stylistki, która musi kupować magazyny modowe, żeby mieć inspiracje. Jednak z drugiej strony, kreatywni często robią coś dla swojej własnej przyjemności. Brak honorarium wynagradza im nieskrępowana wolność twórcza, lecz w momencie, w którym dzieło ma być wykorzystane komercyjnie, przydałoby się, żeby ta ich kreatywna praca została odpowiednio wynagrodzona.
Pracowałem jako producent sesji i także dostawałem propozycje, żeby robić to gratis, bo wizualnie moja praca wyglądała tak, że siedzę przed komputerem i korzystam z telefonu. Ale nikt nie wiedział ile czasu i wysiłku kosztuje ustalenie harmonogramu, ogólna organizacja oraz zdobycie odpowiednich kontaktów.
W jaki sposób naprawdę wygląda praca producenta sesji? Masz jakieś ciekawe historie z nią związane?
Takich historii jest cała masa, po prostu po każdej sesji pojawia się anegdotka, lub nawet kilka. Wiesz, pijany fryzjer spóźniający się 2 godziny na sesję, scenografia rozwalająca się w trakcie zdjęć, gwiazda z kaprysami, która nie wiadomo czego chce, poszukiwanie studia fotograficznego, do którego można wjechać autobusem...
Kiedyś, w ciągu jednego dnia musiałem przygotować sesję promocyjną z gadżetami dołączanymi do magazynu, dla którego pracowałem i następnego dnia miała iść do druku. Casting, stylizacja, wybór ekipy - wszystko trzeba było znaleźć na ostatnią godzinę i do tego zmieniać w trakcie. W końcu zdjęcia się zaczęły i całkiem dobrze poszły. Skończyliśmy o 3 w nocy, rozdałem modelkom vouchery na taksówki żeby się rozjechały po domach, ekipa sobie poszła, a ja czekałem na zdjęcia. Okazało się, że dysk w studio się rozwalił i cały dzień mojego stresu i harówki, cały dzień pracy ekipy, po prostu szlag trafił. Skończyło się na tym, że zebrałem to, co zostało z cateringu i zeżarłem wszystko po drodze do domu.
Czy twoja obecna praca kuratora i fotografa jest podobnie stresująca i nieprzewidywalna?
Nie jest tak, że coś jest stresujące bardziej lub mniej. Jeśli chorujesz psychicznie, to chociażby wejście do autobusu może być stresujące. Wszystkiego można się nauczyć, zarządzanie kryzysowe dla niektórych może być fajne, a dla niektórych niszczące. Za to nieprzewidywalność jest zawsze, nawet jeśli pracujesz w księgowości.
A jak wygląda reprezentowanie artystów przez galerie? Czy rynek galeryjny w Polsce kuleje, czy wręcz przeciwnie?
Nie jest źle. Istnieje świetna sieć Biur Wystaw Artystycznych rozsianych po całym kraju, które zapraszają do siebie naprawdę dobrych artystów. Nigdy nie myślałem, że będę chciał pojechać na przykład do Zielonej Góry na wystawę Adama Adacha. Są także regionalne Zachęty, które regularnie robią zakupy w galeriach bezpośrednio reprezentujących artystów. Rynek instytucjonalny na szczęście nie jest warszawocentryczny, chociaż to prawda, że większość galerii komercyjnych znajduje się w Warszawie. Brakuje mi jednak w Polsce zdemitologizowania sztuki i odcięcia się od myślenia, że to rzecz tylko dla wybranych i trzeba Bóg wie ilu lat studiów, aby cokolwiek zrozumieć. Sztuka nie może być dobrem, które jest doceniane tylko przez jeden procent społeczeństwa.
W jaki sposób można naprawić tę sytuację? Według mnie, nowoczesna sztuka przez fakt, że dla przeciętnego widza jest niezrozumiała i kontrowersyjna, wręcz sama się o to „prosi”.
Istnieją przecież teksty kuratorskie i katalogi, w których wszystko jest odpowiednio opisane. Istotne są także oprowadzania - ja na swoich wystawach zawsze staram się oprowadzać publiczność i tłumaczyć wszystko, bez względu na to, czy to jest wystawa zbiorowa, w której biorę udział, indywidualna ekspozycja, czy mój projekt kuratorski. Jeżeli ktoś nie zna się na sztuce, ma tysiąc możliwości żeby to zmienić. Musi tylko chcieć.