Oto Little Chef: stół przy którym dzieci jedzą stworzone przez siebie posiłki. Po prawej Katia, po lewej jedna z nauczycielek - Arletta Kulesza
Oto Little Chef: stół przy którym dzieci jedzą stworzone przez siebie posiłki. Po prawej Katia, po lewej jedna z nauczycielek - Arletta Kulesza Fot. Michał Wąsowski/naTemat.pl

- Słuchamy dużo muzyki do gotowania. Jazzu i Boba Marley'a. Marley jest najlepszy do gotowania – mówi mi Katia Roman-Trzaska, założycielka Little Chef. To szkoła gotowania, w której dzieją się rzeczy, które wielu rodzicom nawet by nie przyszły do głowy. Dzieci potrafią walczyć tu nawet o to, kto ma posprzątać. - U nas nie ma zakazów czy nakazów. Są propozycje i zachęcanie – wyjaśnia tę niesamowitą atmosferę Katia.

REKLAMA
Gdy wchodzę do Little Chef, w niepamięć idzie od razu mróz i szalejąca na zewnątrz śnieżyca. Przytulne meble, długi stół od razu przywodzący na myśl ucztę z bliskimi, wszystko utrzymane w jasnej tonacji. Nad stołem rząd sporych, okrągłych lamp, z których sączy się delikatne, ciepłe światło. I, oczywiście, kuchnia: przestronna, ale zaprojektowana bardzo funkcjonalnie, wszystko tchnie nowością. Pierwsza moja myśl: szkoda, że jak byłem mały, nikt nie urządzał takich zajęć.
Od prawnika do szkoły gotowania
Wita mnie niska, szeroko uśmiechnięta brunetka w okularach. Jej uśmiech i ciepłe spojrzenie zdradzają jedno: właśnie poznałem osobę, która robi dokładnie to, co chciała robić w życiu. Szybko w trakcie naszej rozmowy okazuje się, że miałem rację. - Kiedyś byłam prawnikiem w kancelarii. Ale zawsze chciałam mieć z jednej strony własny biznes, z drugiej robić coś związanego z kulinariami – wspomina Katia.

Na ideę stworzenia Little Chefa moja rozmówczyni wpadła przypadkiem. Myślała nad tym, jaki można stworzyć biznes w gastronomii i od pomysłu do pomysłu wyklarowała się szkoła gotowania dla dzieci. Jak pomyślała, tak zrobiła. Od 7 lat realizuje swoją pasję. - To jest to, co chciałam robić i jestem z tym szczęśliwa. Chociaż wiadomo, że we własnym biznesie bywa ciężko i trzeba się nim zajmować o każdej porze dnia i nocy. Czasem tęsknię za tym, żeby tylko czekać aż ktoś na koniec miesiąca wypłaci mi pensję i mieć spokój – śmieje się Katia.
Sprzęt sprowadzała z Danii
Dzisiaj, po siedmiu latach, jej biznes nauki gotowania dla dzieci działa całkiem prężnie. Zajęcia są dla wszystkich grup wiekowych: od 3-latków po nastolatki. Wszystko zostało przystosowane dla najmłodszych. Jest specjalna podłoga, na której nie tłuką się naczynia i nie odbija się tupot stóp – dzięki temu nawet przy dużej liczbie ludzi nie ma wielkiego hałasu. Są nawet specjalne, ruchome blaty – można je podnosić i opuszczać. Dzięki temu służą i 3-latkom, i dorosłym.

- Tych blatów nikt w Polsce nie chciał zrobić. Jedna firma zaproponowała, że wykona do nich sam mechanizm, ale podali jakąś horrendalną cenę. Mój mąż szukał jednak za granicą i pewna duńska firma zrobiła nam to wszystko: mechanizm, blaty, wszystko obudowała. W cenie, którą Polacy proponowali tylko za mechanizm – podkreśla założycielka Little Chef'a.
Dziecko - partner w kuchni
Najmłodsi, gdy gotują, nie są pod kontrolą rodziców. Ci mogą albo zaczekać dwie godziny w poczekalni, albo po prostu zostawić swoje pociechy pod opieką Katii i innych nauczycieli. Po zajęciach przy długim stole zawsze wszyscy razem spożywają potem przygotowany przez uczniów posiłek. Zajęcia dla dzieci są, oczywiście, cykliczne: po pierwszym, testowym razie, można wykupić karnet na 5 lub 10 spotkań. Są również cykle po angielsku – albo częściowo w języku obcym, dla polskich dzieci albo w całości po angielsku – dla anglojęzycznych. Katia wychowywała się w USA i jak zaznacza, jej „uczniowie” anglojęzyczni często nawet nie wiedzą, że ich „nauczycielka” mówi po polsku.
- Uczymy, żeby zbliżać dzieci do dobrego jedzenia. Żeby mogły samy umieć wybierać produkty, co chcą zjeść. Nie zabraniamy hamburgerów i frytek, tylko pokazujemy, że można je zrobić samemu i będą tak samo dobre. Nie ma u nas zakazów ani nakazów, jedynie propozycje – wyjaśnia Katia. I dodaje: - Ale chodzi nie tylko o zdrowe jedzenie, również otwarcie głowy na nowe smaki. Dzięki temu otwieramy się nie tylko na nowe potrawy, ale wiele innych rzeczy. Ważne też jest w tym wspólne spędzanie czasu, na gotowaniu, ale i posiłkach.

Walka o miotłę
Założycielka nauki gotowania zaznacza, że ona i inni „nauczyciele” starają się traktować dzieci po partnersku. Nie używają więc infantylnego języka, dzielą się wszystkimi obowiązkami. - Staramy się mówić do dzieci na ich poziomie wzrokowym. Jak się chce coś wyjaśnić 4-latkowi, to po prostu trzeba przykucnąć albo przyklęknąć – podkreśla moja rozmówczyni.
Dzieci więc nie tylko gotują, ale i sprzątają po sobie. Gdy dopytuję, czy nie ma z tym problemu, Katia tylko się uśmiecha. - Czasem potrafią walczyć nawet o to, kto ma zamiatać podłogę. Mamy też kilka dzieciaków, które uwielbiają zmywać – mówi mi. Sprzeciwów wobec sprzątania nie ma, bo Katia wyjaśnia podopiecznym, że inaczej cały obiad będą myśleć tylko o sprzątaniu, a nie przyjemności z posiłku. Dzieci to rozumieją i nie protestują.
Bob Marley najlepszy do jedzenia
Oczywiście, zgodnie z zasadą nie-zmuszania, nigdy nie dzieje się tak, że dziecko robi coś, czego nie chce. Jeśli nie chce akurat gotować, może posprzątać lub pokroić warzywa. - Do dzieci trzeba przede wszystkim mieć bardzo indywidualne podejście. Czasem trzeba je po prostu zapytać, co się dzieje. Bo może właśnie potrzebuje przerwy i herbaty, w końcu od rana było w przedszkolu, potem przebijało się przez śnieg i jeszcze ma zajęcia – mówi z współczuciem Katia.

Dodaje jednak, że podczas zajęć są pewne granice i od dzieci wymaga się głównie skupienia na tym, co robią. Nie ma biegania i szturchania. Jest za to muzyka, dużo muzyki. - Jazzu i Boba Marleya. Marley jest najlepszy dla dzieci do gotowania – śmieje się moja rozmówczyni.
Dzieciom Little Chef oferuje jeszcze m.in. wakacyjne obozy żeglarskie i zajęcia w szkołach. Firma wspiera też zimę i lato w mieście. - W ramach zimy i lata zrobiliśmy już lekcje dla ponad 6 tysięcy dzieci ze szkół państwowych. Nikt inny w Polsce nie dokonał czegoś takiego – chwali się założycielka.
Nastolatki i rodzice też się dobrze bawią
Największe szaleństwa są jednak na... zajęciach z nastolatkami. Gimnazjaliści i licealiści nie tylko chętnie gotują, ale też... ściągają na posiłki całe rodziny. Żadna babcia, dziadek, tata czy mama nie chcą przepuścić okazji do zobaczenia, jak nastolatkowi idzie w kuchni. To najbardziej oblegane zajęcia.
- Nastolatki prowadzi Paweł, mój mąż, to do niego tak wszyscy przychodzą. Paweł wymyślił i prowadzi również Globtrotera. Co by nie mówić o moim „założycielstwie”, to Chef’a prowadzimy we dwoje z genialną pomocą 5 innych osób, z których Arlettę poznałeś - zaznacza Katia.
Jest też edycja dla rodziców, ale na zupełnie innych zasadach. Są to spotkania tematyczne, na przykład: dziecko-sportowiec albo tadek-niejadek. Nazywa się to "Mądrym stołem". „Nauczycieli” wspomaga wtedy psycholog dziecięcy i dietetyk, potem jest normalne gotowanie. To cenne dla rodziców lekcje, dzięki którym mogą wiele popracować nie tylko nad dzieckiem i tym, co je w domu, ale i nad sobą. Przy czym Katia podkreśla, że Little Chef pod żadnym pozorem nie jest uniwersalnym remedium na tadki-niejadki.

Biznes się sprawdza
Tylko czy taki biznes może przynosić odpowiednie dochody? Katia na moje pytanie odpowiada, że oczywiście. - Zysk był od początku, tylko mały. Taki rodzaj biznesu. Teraz, gdy zysk jest trochę większy, postanowiliśmy zainwestować. W tym miejscu, w którym jesteśmy teraz, wszystko jest najlepszej jakości - podkreśla Katia.
- Wszystko dokładnie zaplanowaliśmy: najpierw musimy stworzyć z tego jednego punktu okręt flagowy, sprawić, by działało to jak najlepiej. A co później, zobaczymy. Może otworzymy inne takie szkoły – mówi krótko Katia.