
Trzeba wiele odwagi, aby skoczyć ze spadochronem, a tym bardziej by zrobić to blisko 400 razy, tak jak Tomasz Kurzelewski. Jeszcze więcej odwagi trzeba zaś, aby stawić czoła czerniakowi, który wkradł się w jego życie i nie pozwala mu na kontynuowanie pasji skakania. Tomasz się nie poddaje, choć jego leczenie to wydatek blisko 400 tys. złotych. I choć NFZ-u nie stać na taką pomoc, to między innymi, właśnie przyjaciele spadochroniarze nie zostawili go w potrzebie.
W 2009 roku u Tomka Kurzelewskiego wykryto chorobę. Zaczęło się od małego pieprzyka na prawej łopatce, który zoperowano. Wydało się wówczas, że wszystko będzie dobrze, a choroba jest zażegnana. Najważniejszym pytaniem dla Tomka było to, czy będzie mógł dalej skakać. – Lekarze powiedzieli, że jeśli po wycięciu czerniaka wyniki są dobre, to człowiek jest zdrowy i może żyć normalnie, tak jak dawniej – Wspomina jego mama. Jednak inny lekarz, który operował Tomka zasiał w niej niepokój. – Powiedział tylko "oby to nie wróciło, bo będą kłopoty" – wspomina pani Bożena.
Tomek żył jednak normalnie i niemal zapomniał o chorobie, o której zresztą nie mówił swoim kolegom spadochroniarzom. Dalej z nimi skakał, ożenił się i cieszył się życiem. Niestety, słowa lekarza sprawdziły się w sierpniu 2013 roku. Pani Bożena była wówczas we Włoszech. Gdy dowiedziała się, że w organizmie jej syna pojawiły się przerzuty, wróciła natychmiast do kraju. – Dla rodzica to jest szok. Wydawało mi się, że wszystko co najgorsze jest już za nami. Cieszyłam się, że skończył studia, że ma pracę, że jest bardzo samodzielny – słyszę od pani Bożeny.
Narodowy Fundusz Zdrowia powiedział jasno, że nie ma pieniędzy na leczenie Tomka. – Toczyłam z nimi prawdziwą wojnę – mówi pani Bożena. Ta jednak na nic się nie zdała. I tu przyszła pora na prawdziwą pomoc, którą bez wahania zaoferowali koledzy Tomka. Okazało się, ich pasja do skakania łączy ich nie tylko w powietrzu i gdy wszystko jest dobrze, ale również wtedy, gdy jednego z nich spotyka nieszczęście.
Pieniądze udało się zebrać dzięki spadochroniarzom z całego świata. To wstyd dla Polski, to co się dzieje. Bo teraz ludzie wiedzą, że nie ma pieniędzy na taki lek. Lekarze nie chcą go podawać, bo wiedzą, że mogą nie odzyskać pieniędzy.
Okazuje się jednak, że kwestia pieniędzy nie jest największym problemem, pomimo iż Tomkowi potrzeba aż czterech dawek. W styczniu pojawiła się następna druzgocąca informacja o przerzutach do głowy. Trzeba było natychmiast wykonać operację w Szczecinie, a później kolejną. Radioterapia bowiem nie niszczy guzów w głowie, jedynie operacja. W styczniu Tomek przyjął też drugą dawkę leków, a 14 lutego trzecią. Następną, ostatnią ma przyjąć 7 marca czyli za tydzień.
Co będzie dalej?
Pani Bożena ma cały czas nadzieje, że wszystko będzie dobrze i choroba po prostu minie. Lekarze mówią zaś, że "trzeba leczyć", pomimo, że choroba jest zaliczana do chorób nieuleczalnych. – Znam pewną panią, która choruje na to samo, miała już 16 operacji i wciąż żyje z czerniakiem. Mamy z nią kontakt i ona twierdzi, że takich osób jest bardzo dużo – mówi pełna nadziei mama Tomka.
Panie Krzysztofie, jestem mamą Tomka. Przepraszam ale dzisiaj popsuły nam się humory wynikiem rezonansu,mieliśmy nadzieję że ten gad się wyciszy... Może za kilka dni Tomek coś do pana napisze. Bożena Kurzelewska.
Nie udało mi się zapytać Tomka, jakie są dziś jego marzenia, choć tego można się domyślić. Pani Bożena mówi zaś bez wahania. – Moje marzenia to tylko aby mój syn żył i żeby wrócił do swoich ukochanych skoków. Ja więcej marzeń już w życiu nie mam. Chcę, aby żył... – słyszę od mamy Tomka Kurzelewskiego.


