
Do prania używam proszków, które nie zawierają fosforanów. Staram się nosić ubrania z jak największą zawartością naturalnych włókien. Do pracy jeżdżę tramwajem. Raz na dwa miesiące robię porządek w szafie i rozdaję ubrania i kosmetyki, których już nie używam. A z tych ostatnich wybieram tylko te z najkrótszą listą składników. Ale nigdy bym o sobie nie powiedziała, że jestem ekolożką! Po prostu dokonuję codziennych wyborów, które dla mnie i dla moich najbliższych wydają mi się najlepsze.
REKLAMA
Te refleksje naszły mnie wczoraj, a pretekstem był Dzień Ziemi. To, co ja robię na co dzień robi też większość moich koleżanek i kolegów i nie ma w tym nic niezwykłego. Ale gdybym zapytała, czym myją podłogę, naczynia czy okna, mało kto odpowie, że mieszanką octu z sodą oczyszczoną. Znacznie łatwiej jest kupić detergent na literę A czy D. I podobnie jest z kosmetykami.
Eko-nomenklatura
Z ekologicznymi i naturalnymi kosmetykami znamy się już dobrych kilka lat. Zwiedzałam nawet trzy miejsca z nimi związane: okolice Stuttgartu, gdzie poznałam korzenie marki Dr Hauschka, Południe Francji, gdzie odkrywałam Sanoflore i Korsykę, na której L'Occitane en Provence demonstrowała swoje bajecznie piękne uprawy ziół i kwiatów. Wszystkie trzy miejsca wiązała jedna i ta sama sprawa: wspaniali, zakochani w ekologii ludzie i totalna miłość do natury. Tam wszystko, od jedzenia, przez lemoniadę, oliwę, po tusz do rzęs było naturalne.
Dowiedziałam się wówczas jaka jest różnica pomiędzy produktami bio, czyli organicznymi, ekologicznymi a naturalnymi.
Kosmetyki bio muszą spełniać podstawowy warunek: mieć certyfikat, który potwierdza, że są w 90-kilku a najlepiej w 100 proc. organiczne. Czyli, że ani kosmetyk, ani jego komponenty, ani ziemia, na której rosły rośliny (z których pochodzą komponenty), nie zawierają substancji pochodzenia chemicznego.
Wiąże się to z wyższą ceną upraw takich składników (bez nawozów trudniej wytępić szkodniki z hodowanych roślin, zioła i kwiaty wolniej rosną, itd.), kosztownymi opłatami za certyfikaty i summa summarum wysoką ceną docelowego produktu: organicznego kremu. Poznasz je po znaczkach, m.in. ECOCERT czy COSMEBIO. I tak naprawdę w Polsce jest ich cały czas niewiele (w sklepach ze zdrową żywnością i aptekach). Może dlatego, że cena jest zbyt wysoka, a może konsument, którego bio interesuje jest cały czas w mniejszości.
Kosmetyki ekologiczne zwykle łączą dwie rzeczy: naturalne składniki oraz działanie marki w imieniu lepszego środowiska naturalnego. Na przykład mają opakowania pochodzące z recyklingu lub wspierają którąś ze światowych akcji ekologicznych (najbardziej w takim działaniu wyróżniają się L'Occitane, The Body Shop oraz Yves Rocher, które wspierają lokalne społeczności, popierają sprawiedliwy handel, a ich opakowania da się w większości użyć ponownie lub są biodegradowalne).
Kosmetyki naturalne, to chyba najliczniejsza grupa. Znak charakterystyczny: zawierają składniki pochodzenia naturalnego. Ale zdarza się też, że są niemal w 100 proc organiczne, tylko firma jest zbyt mała i ma zbyt niewielki dochód, żeby walczyć o drogie certyfikaty, które miałyby tę organiczność potwierdzić.
Komu potrzebna natura w kosmetykach?
Zauważyłam, podobnie jak marketingowcy producentów kosmetyków naturalnych, ekologicznych i organicznych, że zainteresowanie nimi wzrasta u konkretnej grupy osób. Chodzi oczywiście o młode matki lub przyszłe matki, które chcą przywitać dziecko w lepszym mniej toksycznym otoczeniu i uchronić je od sztuczności. Ale czy używanie produktów eko to rzeczywiście recepta na zdrowie?
Pielęgnacja naturalna różni się od tej znanej wszystkim z drogerii czy perfumerii. I podobnie jak ta tradycyjna, ma swoje mocne i słabsze strony. Wielu uważa ją za lepszą, bo mniej nasyconą chemią. Inni - krytykują jej zapach i sugerują brak działania. Ten ostatni argument można od razu obalić, bo w dzisiejszych czasach kosmetyki naturalne powstają w takich samych laboratoriach jak te tradycyjne. Każdy składnik zanim trafi do słoika z kremem czy szamponem musi przejść szereg badań. Gdyby nie działał - nikt by go nie użył.
W produktach organicznych nie ma mowy o obecności: konserwantów, parabenów (pochodne ropy naftowej), siarczanów, sztucznych kolorantów, silikonów. Żeby tylko wymienić niektóre z nich. Są za to: naturalne olejki zapachowe, wody kwiatowe, ekstrakty z roślin. Plusy: brak chemii, która może być szkodliwa dla skóry. Minusy - specyficzny zapach olejków roślinnych, większa tendencja do alergizowania osób wrażliwych na substancje zapachowe.
Naturalne mydła, żele pod prysznic i szampony prawie się nie pienią, ale za to nie wysuszają tak bardzo skóry ja te zwykłe. Balsamy i masła do ciała z dopiskiem eko, często wymagają dłuższego wmasowywania w skórę, zanim się w nią wchłoną. Ale genialnie zmiękczają i nawilżają.
Kremy do twarzy to już bardzo indywidualna sprawa. Wśród kosmetyków naturalnych można znaleźć i wspaniały krem z najlepszą porcją naturalnych składników, jak masło shea, olej arganowy czy makadamia, jak i taki, który wywołuje trądzik kosmetyczny, bo zatyka pory lub podrażnia skórę z powodu zbyt wysokiego stężenia olejków.
Warto jednak przyznać, że taka pielęgnacja, higiena i makijaż edukują. Zwracają naszą uwagę na problem jakim jest zanieczyszczenie środowiska i naszych organizmów. Każdy kto miał choćby jeden kosmetyk organiczny w ręku, z pewnością zainteresuje się także innymi działkami z dopiskiem eko: żywnością, modą, designem. I to jest skutek uboczny eko-kosmetyków, z którego powinniśmy się cieszyć. Nawet jeśli w ich potencjalnym działaniu jest duża porcja marketingu.
