"Moskwa" tonie. Gen. Koziej dla naTemat: Prestiż Rosji poszedł na dno. To na pewno ich zdenerwowało

Mateusz Przyborowski
14 kwietnia 2022, 18:13 • 1 minuta czytania
Potężny krążownik "Moskwa" został poważnie uszkodzony przez Ukraińców. Kreml przedstawia swoją wersję wydarzeń, a generał Stanisław Koziej stwierdza w rozmowie z naTemat: Jest to jasny sygnał, że Ukraina ma skuteczne środki walki, w tym także obrony wybrzeża morskiego. I to na pewno Rosję zdenerwowało.
Krążownik "Moskwa" to flagowy okręt wojenny rosyjskiej Floty Czarnomorskiej Fot. MAX DELANY / AFP / East News / Twitter

Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google


Trafiony ukraińskimi pociskami rosyjski krążownik "Moskwa" został poważnie uszkodzony, a po pożarze przewrócił się i zaczął tonąć – poinformował w czwartek po południu marszałek Dowództwa Operacyjnego "Południe" Sił Zbrojnych Ukrainy Władysław Nazarow. – Inne jednostki grupy okrętowej próbowały udzielić pomocy, ale burza i potężny wybuch amunicji przewróciły krążownik – dodał.

To ten sam okręt, którego załoga usłyszała "Idi na ch**"

"Moskwa" to flagowy okręt rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, który 24 lutego, czyli w pierwszym dniu inwazji na Ukrainę, zaatakował Wyspę Węży, znajdującą się ok. 50 km od wybrzeży Ukrainy. Przypomnijmy, ukraińscy obrońcy odmówili złożenia broni, pomimo licznych apeli ze strony rosyjskiej. "Russkij wojennyj korabl, idi nach**" ("Rosyjski okręcie wojenny, idź w ch**") – powiedzieli przed rozpoczęciem walki.

13 strażników, którzy bronili wyspy, miało zginąć, ale cztery dni później ukraińska marynarka potwierdziła, że wszyscy przeżyli i trafili do rosyjskiej niewoli. Słowa strażników Wyspy Węży stały się jednym z symboli wojny. Dla Rosjan z kolei symbolem była właśnie "Moskwa". Krążownik ten jest uważany za jeden z najpotężniejszych okrętów rosyjskich na Morzu Czarnym. Brał aktywny udział w początkowej fazie inwazji na Ukrainę.

Jak już pisaliśmy w naTemat, "Moskwa" z około 500 osobami na pokładzie została trafiona dwoma rakietami Neptun, strzegącymi Morza Czarnego. Co ciekawe, o sprawie poinformowali także Rosjanie. Przedstawili jednak swoją wersję wydarzeń. Rosyjskie ministerstwo obrony twierdzi, że na pokładzie... "doszło do pożaru i wybuchu amunicji".

Czytaj także: "Duda wymierzył Steinmeierowi solidny policzek". Niemiecka prasa wymownie komentuje podróż do Kijowa

"Okręt został poważnie uszkodzony, załogę ewakuowano. Przyczyny pożaru są ustalane" – przekazała Ria Novosti. Z doniesień rosyjskiej agencji zakpił doradca prezydenta Ukrainy Ołeksiej Arestowicz. – Nie rozumiemy, co się stało – dywagował w rozmowie z ukraińskim dziennikarzem.

I skwitował: – Albo dwóch marynarzy paliło papierosy w niedozwolonym miejscu, albo po raz kolejny naruszyli jakieś środki bezpieczeństwa. Tak jak Biełgorod miał pecha, tak samo miała pecha "Moskwa". Potwierdzono natomiast, że krążownik udał się dziś dokładnie tam, gdzie został wysłany przez naszych strażników granicznych na Wyspie Węży.

A skąd porównanie do Biełgorodu? Dwa tygodnie temu w tym rosyjskim mieście przy granicy z Ukrainą zapalił się magazyn ropy naftowej. Rosjanie stwierdzili jednak, że to Ukraińcy zbombardowali obiekt.

Rosyjskie twierdzenia o "pożarze" krążownika w dość żartobliwy sposób skomentował także doradca ukraińskiego MSW Anton Heraszczenko. "I nagle bum, wybuchł pożar – napisał na Telegramie. Dodał, że "bóg morza Neptun nie ma z tym nic wspólnego".

"To jasny sygnał dla Rosjan"

Widać, że uszkodzenie "Moskwy" jeszcze bardziej pobudziło morale ukraińskich żołnierzy. Powodów do radości nie mają za to Rosjanie i sam Władimir Putin, który został poinformowany o zdarzeniu.

– Utrata tego krążownika nie ma strategicznego znaczenia dla przebiegu walk, natomiast prestiż Rosji poszedł na dno – komentuje w rozmowie z naTemat generał Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Krążownik "Moskwa" był uzbrojony w 16 pocisków manewrujących Kalibr. Andrej Klimenko, szef Instytutu Studiów Strategicznych Morza Czarnego oraz redaktor naczelny BlackSeaNews, napisał w czwartek na Facebooku, że tego typu pociskami odpalanymi z jednostek operujących na Morzu Czarnym Rosjanie ostrzeliwali wiele celów naziemnych na Ukrainie.

– Jeśli Rosjanie utracą "Moskwę" na dobre, to pewna strata na pewno będzie, ale ten krążownik nie jest raczej czymś szczególnym dla wojsk rosyjskich. Warte podkreślenia jest jednak to, że to jasny sygnał, że Ukraina ma skuteczne środki walki, w tym także obrony wybrzeża morskiego. I to na pewno Rosję zdenerwowało – uważa generał Koziej.

Czytaj także: Putin: "Rosja wyląduje na Księżycu w tym roku". Moskwa i Mińsk zapowiadają współpracę w kosmosie

I dodaje: – Widać też, że Rosja nie rozpocznie operacji morsko-desantowej przeciwko Odessie. Wojska Putina przegrały początkowy okres wojny i muszą zrezygnować z pierwotnego celu, czyli podboju całej Ukrainy, na rzecz zaboru części kraju. I wydaje się, że nie będzie to Odessa, ponieważ nie udaje się Rosji manewr wyjścia wojsk lądowych od północy, a sam desant morski nie byłby aż taki skuteczny. Pamiętajmy jednak, że Rosja i tak panuje nad północną częścią Morza Czarnego, ma tam mocną flotę i blokuje wybrzeża ukraińskie.

Dodajmy jeszcze, że duma Floty Czarnomorskiej została wybudowana w 1983 roku. – To taka stara pływająca artyleria do ostrzeliwania brzegów. Cóż, okazuje się, że Rosja nie jest tak silna na morzu, jak jej się na początku wydawało – ocenia generał Stanisław Koziej.