Gdy o sytuacji w Wojsku Polskim zaczynają z troską pisać poważne, międzynarodowe media, to trzeba zacząć się martwić. Tym bardziej, że przyczyny tej troski nie są wydumane. Historia zna bowiem mało takich przypadków, gdy w czasie pokoju jakakolwiek armia straciła 80-90% najwyższej kadry dowódczej. Nie trzeba sięgać do przykładu wojny Sowiecko-Fińskiej, żeby zdać sobie sprawę, że to preludium do klęski w ewentualnym konflikcie. Przypomnijmy, że w latach 2005-2007 PiS podobną polityką spowodował lukę pokoleniową w Wojsku Polskim, szczególnie w Siłach Powietrznych. A siedem lat temu armia straciła w katastrofie Smoleńskiej dowódców wszystkich rodzajów sił zbrojnych i szefa Sztabu Generalnego.
Żołnierze wiedzą, że nawet po odejściu ze służby nie powinni wypowiadać się na temat przyczyn swojej dymisji. A gdy to robią, nawet tak oględnie jak dziś, oznacza to, że poważnie oceniają sytuację. Jednak opinia publiczna jest skazana na domysły, przecieki oraz komunikaty MON.
