Z krakowskich Targów Książki wróciłam niemalże w euforii.

REKLAMA
Przez całą sobotę i niedzielę w wielkiej nowohuckiej hali niezmiennie kłębił się tłum spragnionych… chcę wierzyć, że duchowego pokarmu. Po cóżby inaczej pokonywali dość wyczerpującą odległość od oblepionego księgarniami Rynku i w strugach ulewnego deszczu, a potem śniegu, i błocie kałuż, docierali do celu, by ustawić się w pierwszej kolejce, po bilety. A potem w kolejnych, przebijając się bohatersko przez zwartą ciżbę, i spędzając następne kwadranse na plecach poprzedników, w powolnym rytmie zbliżającym ich do upragnionej chwili... uzyskania wymarzonego autografu i dotknięcia autora.
Dużo podpisywałam, romans Tyrmandów przyciąga spragnionych miłości. W chwilach przerwy przypominałam sobie własne dzieciństwo i wyprawy na kiermasze i targi książki.
Mama zaczęła mnie tam zabierać wcześnie, po entuzjastycznych lekturach Tuwima, i Broniewskiego. To wtedy zrozumiałam, że każdy wiersz i opowiadanie są dziełem innego autora. Przy stolikach siedzieli Maria Kownacka i Jan Brzechwa, Janina Porazińska i Wiktor Woroszylski. Za każdą książką – światem, stał człowiek – świat. Miał dom, biurko, katar, zmartwienia, psa. I on to wszystko wymyślił… To była kolejna rewelacja. Nie umiałam powstrzymać ciekawości wobec tych ludzi, którzy dostarczali mi tak ważnych przeżyć. Może tu szukać należy źródeł mojej późniejszej pasji?
Szczególnie ważna stała się dla małej dziewczynki Maria Kuncewiczowa. Obserwowałam ją zza płotu w jej domu w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Piękna pani w eleganckiej sukni, ze sznurem bursztynów na szyi przechadzała się słonecznymi alejkami albo piła herbatę na tarasie. Miała zadbane ręce, umalowane paznokcie i wydawała mi się niezwykła. To tak wygląda pisarka? Chciałam być taka, jak ona.
Myślałam o tym patrząc na czytelników uwijających się wokół swoich ulubieńców. Myślałam o tym obserwując dzieci podchodzące do autorów książek, przy których zasypiają. Próbowałam każdą dedykacją otwierać im światy, które dla mnie od początku były najważniejsze.
Życie na podwórku toczyło się swoim torem: gry w klasy, w chowanego, w berka, a ja nie mogłam się doczekać kolejnej przygody Plastusia z tosinego piórnika, a potem Pana Kleksa i Karolci z jej zaczarowanym koralikiem. Godzinami rozmawiałam z Anią z Zielonego Wzgórza, płakałam nad losem Nemeczka z Chłopców z Placu Broni… Cóż to były za niezwykłe odkrycia. Czułam się wyróżniona i obdarowana.
Chciałabym, naiwnie, żeby nie zaginęła taka czytelnicza wdzięczność.
Mój czas narkotycznego czytania trwał długo. Lektury zmieniały się w miarę upływu lat, dojrzewałam z nimi i do nich. Szukałam w nich prawdy i siebie.
Przy łóżku zostawały na dłużej wiersze Różewicza i Medaliony Nałkowskiej, Proszę państwa do gazu Tadeusza Borowskiego i wspomnienia z okupacyjnej Warszawy. Nie rozumiałam jeszcze wtedy, dlaczego. Książki były najbardziej oswojoną przestrzenią mojego dzieciństwa, a może i późniejszych lat?
Wydawać by się mogło, iż w erze komunikacji elektronicznej zaspokajającej natychmiast wszelkie potrzeby w każdej z dziedzin, tak emocji, jak sztuki czy interesu, ginie potrzeba bezpośredniego kontaktu. Doświadczenie ostatnich dwóch dni upewnia mnie, że jest odwrotnie. Targi odwiedziło około 35 tysięcy osób, to jakby wszyscy mieszkańcy Ciechocinka plus Zakopanego.
Cokolwiek kierowało tłumem wypełniającym krakowską halę targową, zabierającym resztki powietrza kolejnym falom czytelników lub tylko fanów, jest dobre. Nieważne, czy chodziło o autograf pani prezydentowej, a podpisywały mozolnie dwie: Jolanta Kwaśniewska i Danuta Wałęsowa, czy wpisy podróżniczki Martyny Wojciechowskiej, piosenkarki Urszuli Dudziak lub aktorki buddystki Małgorzaty Braunek. Stoliki poetów i pisarzy także były oblegane. Im również podsuwano do podpisu ich własne, wykonane przez wielbicieli fotosy (sic! naprawdę, podpisałam kilkadziesiąt!) czy kartki z zeszytu w kratkę z prośbą o dobre słowo, zanim będzie ich stać na zakup książki. Chwila rozmowy, chwila wzruszenia, chwila podziękowań.
Najważniejsze chwile.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?