Czy żyjemy w kraju smutnych ludzi, którzy uważają, że życie nocne, spotkania przyjacielskie i zabawa do białego rana to samo zło? Dlaczego Ci, który nie umieją się bawić, mają nos na kwintę, siedzą wkur…eni na cały świat w domu przed telewizorem, mają prawo psuć dobry nastrój innym, którzy kochają życie towarzyskie? Dlaczego prawo do ciszy jest ważniejsze od prawa do radości z życia? Sąsiadko, sąsiedzie zdejmij kapcie i zejdź na dół do zaprzyjaźnionej restauracji na piwo, kieliszek wina i pogadaj z przyjaciółmi, których tam poznasz.

REKLAMA
logo
Barcelona nocą.
Po ostatniej wizycie w tętniącej życiem Barcelonie, wśród uśmiechniętych, pogodnych ludzi, zaczęłam się zastanawiać, czy Polska to kraj smutasów, gdzie chodzenie do restauracji, spotkania z przyjaciółmi w pubach i tańce w klubach nocnych to objaw rozpusty i nadużyć moralnych? Ok. powiecie, inna kultura, inny klimat, ale co z tego… Mamy pół roku wiosny i lata, zimą restauracje i puby też działają. Kulturowo otwieramy się na Europę, ale tylko niektórzy… jak widać.
Mieszkańcy Centrum naszej stolicy walczą, aby po 22 było cicho: zero życia, zero ruchu, zero restauracji, zero muzyki, zero śmiechów, nawet wysokie obcasy według niektórych powinny być zakazane, bo stukają;-) A przecież, tak doskonała komunikacja, jak i hałas to cechy mieszkania w Śródmieściu. Wszystko ma swoje wady i zalety. O ile jestem w stanie zrozumieć bunt tubylców ze Śródmieścia, przed rozweselaniem miasta, o tyle oburza mnie postawa ludzi kupujących sobie luksusowe apartamenty przy głównym pasażu miasta i oczekujących, że istniejące w tym miejscu od zawsze życie nocne zamrze z ich powodu. A to głównie oni sieja ferment używając swoich wpływów, nie dbając o interesy i potrzeby innych…
Czy podoba Wam się hasło:
Warszawa – gastronomiczny cmentarz Europy? Moim zdaniem, do tego zmierzamy. Stop.
Gdzie jeszcze na świecie mieszkańcy, zarządcy budynku udzielają prawa do sprzedaży alkoholu w danym budynku? Czy to nie ewenement, że w Polsce restaurator jest uzależniony od humoru staruszki – sąsiadki lub sfrustrowanej singielki z eleganckiego apartamentu. Pamiętacie scenę z serialu „39 i pół”, gdzie Karolak próbuje przekupić, udobruchać i przekonać upierdliwą sąsiadkę. Powodzenie jego biznesu zależało od jej „widzimisie”.
Ale można inaczej…
Często idąc ulicą uśmiecham się do innych, ludzie odpowiadają mi uśmiechem…, czyli jednak można. Spróbujmy ustalić zasady społecznego współżycia. Nie chodzi oto, aby Centrum miasta było wielką imprezą, ale oto, aby nie odbierać prawa innym do normalności, rozmów, a na głośniejsze kichnięcie lub smarknięcie po 22 nie wzywać policji lub ochrony. Znajdźcie w Warszawie restauratora, który nie doświadczył tego problemu! Ratunku!
Usiądź wygodnie i wyobraź sobie więc, że
- tolerancja i wzajemne poszanowanie potrzeb osobistych, towarzyskich i biznesowych dotyczą wszystkich uczestników życia w mieście,
- restauratorzy pilnują porządku, szanując estetykę i potrzeby sąsiadów, którzy to doceniają,
- ludzie biznesu, restauratorzy mają swoje przywileje podobnie, jak mieszkańcy, którzy rozumieją to i idą na ustępstwa (np. cisza nocna w Śródmieściu dopiero po 24),
- szanujemy wzajemne potrzeby, z jednej strony do ciszy nocnej ( w granicach rozsądku), ale z drugiej strony do zabawy i spędzania czasu z przyjaciółmi,
- osoby ceniące spokój (takie jak ja) mają na tyle dużo wyobraźni, że jeśli chcą mieć ciszę, mieszkają poza miastem, nie kupują drogiego mieszkania w Centrum oczekując, że miasto wymrze na ich widok, ze strachu przed ich wpływami,
- Centrum polskiej stolicy to miejsce spotkań i rozmów, zawierania przyjaźni i kontaktów, gdzie szanujemy prawo innych do dobrego humoru i zabawy, co nie oznacza prawa do rozbojów i wybryków chuligańskich,
- podobnie, jak w Barcelonie, Paryżu, Rzymie, Berlinie mieszkańcy mają prawo do dobrej kolacji na świeżym powietrzu i nocnej zabawy.
Czy to utopia? Czy nie żyłoby się nam przyjemniej, gdyby udało się wypracować kompromis?
Dlaczego potępiamy restauracje, że hałasują, a nie tych, którzy doprowadzają do ich bankructwa, prześladując, pisząc donosy, pozywając do sądu. Veto. Kto jest katem, a kto ofiarą? Bo, czy nie jest absurdalne wydać zezwolenie na lokal gastronomiczny, w którym inwestuje się olbrzymie pieniądze, a następnie zakazać w tym lokalu sprzedaży alkoholu. To nieludzkie, a w Polsce to standard. Restaurator żyje w strachu, czy Goździkowa z czwartego piętra lub Wąsaty Pan Zdzisław z klatki obok, nie przeciwstawią się zgodzie na alkohol. Idąc tym tokiem myślowych, osoby kupujące mieszkanie w budynku powinny dostawać zgodę od restauratora i podpisywać oświadczenie, że nie będą utrudniać już funkcjonującego biznesu. Zatriumfuje sprawiedliwość i wszystkim będzie zależało na kompromisie. Apeluję do zarządców, władz, wspólnot mieszkaniowych pamiętajcie o prawach wszystkich stron: mieszkańców, bywalców i restauratorów.
Ale, jak tu się porozumieć, kiedy na pytanie co u Ciebie Polacy odpowiadają standardowo , „źle bardzo źle”, „w krzyżu mi strzyka, kolano szarpie”, „z pracy mnie chcą wyrzucić”, „pogoda brzydka”... W przeciwieństwie do Amerykanów, Hiszpanów, Włochów ….widzimy tylko złe strony życia i wszystko nas wkurza .
A ,czy nie miło i pięknie usiąść na chwilę w romantycznym ogródku, na słońcu, w kawiarence, z przyjacielem i przyjaciółką, wypić filiżankę aromatycznej kawy lub kieliszek różowego wina z lodem w wiosenne miesiące, w naszej kolorowej wesołej trochę wymyślonej War…celonie;-)
Tylko pamiętaj, aby nawet w słoneczny dzień mieć ze sobą parasol, w innym przypadku możesz dostać jajkiem lub pomidorem od bezkarnej Pani Krysi z trzeciego piętra lub Pan Wiesław zrobi Ci zdjęcie, jako osobie burzącej spokój miasta, a takie przypadki już w naszej stolicy widziałam.
Przeczytaj ten tekst trzy razy. Raz z punktu widzenia mieszkańca, raz z punktu widzenia restauratora i ostatni jako uczestnik życia towarzyskiego.
Jak się czułeś w tych rolach? Jakie rozwiązania proponujesz? Czy kompromis jest możliwy?