O autorze
Dziennikarka i japonistka, absolwentka UW i University of Oxford, była londyńska korespondentka „Dziennika Polska Europa Świat” (2007-2009). Obecnie analityk polityczny w think tanku Instytut Obywatelski. Od czasów pierwszej wizyty w Japonii w 2001 roku, apodyktyczna fanka wszystkiego co japońskie.

Comeback japońskiego przedsiębiorcy

Premier Shinzo Abe powalczy z japońską awersją do ryzyka. Chciałby, żeby Japonia dała światu przedsiębiorcę na miarę Steve’a Jobsa czy Walta Disneya


W 2004 roku, w czasie kiedy Polska szykowała się do wejścia do Unii Europejskiej, wyjechałam na rok do Japonii. Zamieszkałam w industrialnej Nagoi, trzecim co do wielkości mieście, które – dzięki pobliskiej fabryce w mieście Toyota – stało się stolicą japońskiego przemysłu motoryzacyjnego. Nagoja to mieszanka nowoczesności i tradycji. Szklane wieżowce i największy w kraju dworzec pociągów shinkansen sąsiadują z niską, drewnianą zabudową domków mieszkalnych i zacisznych świątyń. Niedaleko mojego mieszkania znajdowała się izakaya, mała restauracja serwująca proste dania i lokalne alkohole. Jej właściciel, Takeda-san, był jowialnym, okrągłym Japończykiem. Na wieść, że przyjechałam z Polski, zaprosił mnie na talerz makaronu soba i rozmowy o kraju Lecha Wałęsy i Jana Pawła II.


Dopiero po kilku miesiącach znajomości dowiedziałam się, że poczciwy 60-latek ukrywa pewną tajemnicę. Nie nazywał się Takeda, nie urodził się też w Nagoi. Dwadzieścia lat wcześniej prowadził sporą piekarnię w zupełnie innej części Japonii – na słabo zaludnionej wyspie Shikoku. Miał żonę i dwójkę dzieci. Kiedy jego wspólnik uciekł do Tokio ze wszystkimi pieniędzmi, biznes Takedy splajtował. Po piekarni zostały długi i siedmioro bezrobotnych. „Czułem, że to moja wina”, wyznał Takeda ze wstydem. Uważał, że w tej sytuacji ma dwa wyjścia: zostać w mieście i okryć hańbą swoją rodzinę, albo wyjechać. Wybrał to drugie. Od tamtego czasu nie widział swojej rodziny. Przez ostatnie dwie dekady regularnie, co miesiąc, wysyłał im połowę swoich zarobków. „Tak jest lepiej. Żona na pewno to rozumie. Inaczej nasza rodzina straciłaby twarz i zaufanie ludzi”.


Być jak Jobs

Historii takich jak piekarza Takedy jest więcej. I dlatego Japonia, mimo że wciąż trzecia co do wielkości światowa gospodarka, traci na konkurencyjności na rzecz swoich sąsiadów, np. Korei Południowej. W rankingu przedsiębiorczości krajów rozwiniętych Global Entrepreneurship Monitor z 2012 r. japoński tygrys zajął wstydliwe, ostatnie miejsce. Tylko 6 proc. Japończyków stwierdziło, że odważyłoby się założyć własną firmę. Dla porównania, we Francji zapał do tworzenia start-up’ów głosiło aż 38 proc. Francuzów.


Żeby to zrozumieć, należy bliżej przyjrzeć się japońskiemu społeczeństwu. Japończycy przejawiają kulturowo zakorzenioną awersją do ryzyka i silny lęk przed porażką. Kolektywizm, konsensualność i zaufanie są dla nich wartości nadrzędne, bo to one budują kokon bezpieczeństwa i stabilizacji. Każde najmniejsze potknięcie – utrata pracy, rozpad rodziny czy bankructwo firmy – postrzegane są nie jako przejściowy problem na drodze do dalszego rozwoju, ale jako powód do wstydu i silny psychologiczny straszak przed podejmowaniem ryzyka w przyszłości. W niedawnym badaniu Ministerstwa Gospodarki, więcej niż połowa japońskich przedsiębiorców przyznała, że sen z powiek spędza im wizja porażki. „W Japonii nie ma powrotów. Jeśli raz nie wykorzystasz swojej szansy, jesteś spalony”, tłumaczy Peter S. Goodman, amerykański ekonomista i korespondent „The New York Timesa“ w Tokio.

A nie od dziś wiadomo, że sukces utkany jest z porażek i nie ma innowatorów bez ryzykantów. „Najwięksi z największych: Dylan, Picasso i Newton, ryzykowali, że im się nie uda, że nikt ich nie zrozumie. Jeśli chcemy odnieść sukces, też musimy podjąć takie ryzyko”, mawiał Steve Jobs, założyciel firmy Apple, innowator i wizjoner. Jobs był ryzykantem. W życiu osobistym przypłacił to zdrowiem, w pracy – zdobył szczyty. Jedna z anegdot mówi, że już jako dwunastolatek zadzwonił do współzałożyciela firmy HP Billa Hewletta i poprosił go o niepotrzebne części, żeby mógł zbudować maszynę do sortowania bilonu. Hewlett zaoferował mu nie tylko części, ale i wakacyjny staż.

Syndrom teściowej

„To nie jest kraj dla ludzi przedsiębiorczych”, ogłosił w 2006 r. Horie Takafumi, założyciel popularnego w Japonii portalu Livedoor, a także inwestor w 30 innych start-upach, kiedy został oskarżony o przestępstwa podatkowe i zamknięty w więzieniu. W języku japońskim nie ma nawet odpowiednika słowa „start-up” (tak zresztą jak w języku polskim). Powojenna gospodarka Japonii oparta była na wielkich megagrupach firm, tzw. keiretsu, które funkcjonowały jako sieci powiązań gospodarczych między firmami, podwykonawcami, bankami i instytucjami państwowymi, tworząc podstawy mocno hierarchicznej kultury korporacyjnej. Ich długofalowe podejście do inwestycji wydawało owoce do końca lat 80. Ale kiedy na początku lat 90. pękła bańka spekulacyjna, a japońska gospodarka na lata wpadła w szpony recesji, taki model przestał wystarczać. Jak trawa wody, Japonia potrzebuje dziś nowej energii. Tym bardziej, że nie mają jej już stare korporacje – Toyota, Honda czy Mitsubishi, w większości zarządzane przez unikających ryzyka seniorów.

Sytuacji nie ułatwia nieprzyjazny małemu biznesowi ekosystem: skomplikowane prawo podatkowe, mocno zbiurokratyzowane urzędy oraz ostrożne japońskie banki, które niechętnie pożyczają pieniądze na niepewne projekty. W przypadku bankructwa firmy, konfiskowany jest zarówno majątek przedsiębiorstwa, jak i prywatny. Co więcej, za niespłacone długi odpowiada żyrant – w przypadku małych firm to najczęściej członkowie rodziny. Nic dziwnego, że marzenia o własnej firmie deklaruje w Japonii mniej niż 1 proc. absolwentów szkół, a dla większości Japończyków największym marzeniem jest dożywotnia praca w korporacji.

„Jeśli ktoś pyta cię, gdzie pracujesz, a ty odpowiadasz, że dla siebie, przeciętny Japończyk myśli: a) że jesteś praktycznie bezrobotny, b) że jesteś outsiderem, który nie odnalazł się w żadnej firmie, c) że pewnie i tak odniesiesz porażkę”, tak japońskie podejście do przedsiębiorczości podsumowuje Kevin Ready, biznesmen, inżynier i autor podręcznika „Startup: An Insider’s Guide to Launching and Running a Business”.

Niektórzy socjologowie winią tzw. „syndrom teściowej”, tłumacząc, że to zarządzające gospodarstwami domowymi kobiety przestrzegają swoich mężów i zięciów przed opuszczaniem bezpiecznych firm i inwestowaniem w ryzykowne przedsięwzięcia. Strach przed pracą „na swoim” jest tak ogromny, że poprzedni rząd stworzył eksperckie Centrum Badań nad Porażką, które ma uczyć Japończyków, że niepowodzenia powinny być źródłem wiedzy, a nie wstydu”.

Upadki Walta Disneya

„Musimy skończyć z lękiem przed porażką i nauczyć się próbować, do skutku. Sam tego doświadczyłem. Spójrzcie na Walta Disneya, który pięć razy zbankrutował, zanim odniósł swój ogromny sukces”, tłumaczył niedawno premier Japonii, Shinzō Abe, podczas jednego z nieformalnych spotkań dla młodych japońskich biznesmenów.

Przykład Abe jest o tyle doskonały, że on sam dokonał czegoś w Japonii prawie niewykonalnego – po roku katastrofalnych rządów zakończonych kompromitującym odejściem ze stanowiska (przyp. red. między 2006 a 2007 r.) w ubiegłym roku tryumfalnie wrócił na fotel premiera. Japończycy mu zaufali – dzisiaj premier i jego plan naprawy Japonii zwany Abenomiką cieszą się poparciem ponad 70 proc. społeczeństwa.

Plan Abe składa się z „trzech strzałów”. Pierwszy to agresywna polityka monetarna: 2-proc. poziom inflacji i tani jen, drugi – pakiet stymulacyjny w wysokości 10 bilion jenów oraz m.in. obniżenie podatków. Trzecia strzała ma zaś wzmocnić przedsiębiorców, i to nie tylko duże firmy eksportujące japońską elektronikę, ale też raczkujące start-upy. Jak Abe chce tego dokonać? Po pierwsze, przy pomocy deregulacji. Po drugie, otwierając małym firmom technologicznym i naukowym dostęp do patentów, dotychczas blokowany przez korporacje. Oprócz zmian systemowych ważne są też finanse. Już teraz japońskie ministerstwo gospodarki obiecuje hojne wsparcie dla młodych firm, zakładając, że do 2020 r. liczba start-upów w Japonii powinna się podwoić.

I być może coś jest na rzeczy. „Zmiana wreszcie się zaczęła!”, ogłosił tryumfalnie Horie Takafumi, kiedy wiosną tego roku został zwolniony z więzienia. Takafumi, nazywany japońskim Zuckerbergiem, do 2006 r. prowadził ekstrawagancki tryb życia – z bogactwem na pokaz, medialnymi romansami i ostentacyjnym negowaniem „japońskiego systemu”. Kiedy na dwa lata wylądował w więzieniu, dla wielu Japończyków było to tylko potwierdzenie, że sukces poza sztywnymi ramami korporacji nie jest możliwy. Ale Takafumi nigdy się nie poddał. W więzieniu napisał dwie książki i wymyślił kilkanaście nowych projektów biznesowych. Jeden z nich to loty w kosmos dla klasy średniej. Tym razem, z pomocą premiera Abe, Takafumi znów ma szansę na międzygalaktyczny sukces. A razem z nim tysiące przedsiębiorczych Japończyków.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii, japonistka, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Cyfrowi kryminaliści spuszczają nam spory łomot. "Ale mamy coś, czego nie mają oni"

POLECAMY

KINO 0 0Widziałem ostatni film Piotra Woźniak-Staraka. Aż trudno uwierzyć, że to polska produkcja
0 0"Daleko mi do ideału, ale lubię pomagać ludziom". Rinke Rooyens o nowym programie i ojcostwie
0 0"Cierpią w samotności". Codziennie 12 polskich mężczyzn popełnia samobójstwo
0 0"Syn chce być na zaprzysiężeniu, a ma zakaz wstępu". Jest decyzja Sejmu ws. Hartwicha
0 0"Prosili: zróbcie coś dla moich dzieci". Ta partia czekała 15 lat, żeby dostać się do Sejmu
0 0Tysiące protestujących na ulicach Londynu. Johnson wściekły po głosowaniu ws. brexitu
Britax 0 0Ten fotelik to nowy wymiar bezpiecznych podróżny z dzieckiem. Dzieci i rodzice go pokochają!
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie obchodzą cię zmiany klimatu za 50 lat? Wiemy, jak będzie wyglądała pogoda w Polsce za dekadę
DADHERO.PL 0 0Mieliśmy polskiego Raya Charlesa. Genialny Dawid Ogrodnik w filmie "Ikar. Legenda Mietka Kosza"
0 0Joanna Przetakiewicz w nagiej sesji. "Zapisuję sobie pani zdjęcia w telefonie"

DADHERO.PL

0 0Nie masz pojęcia, jak wychować swoją córkę? Tato, oto 10 złotych rad specjalnie dla Ciebie
0 0Dobry zegarek nie musi być "Swiss Made". Fajne czasomierze powstają i w innych krajach Europy