O autorze
Nietutejsza. Emigrantka od roku 1997: wcześniej w Danii, obecnie w Niemczech. Ekonomista z wykształcenia, kreatywna dusza z natury. Matka. Hobby: łamanie stereotypów i mitów kulturowych. W wolnych chwilach pływa.

Korwinizm logiki

Janusz Korwin-Mikke nie od dziś jest kolorowym ptakiem na polskiej scenie politycznej. Jego obecność pamiętają najstarsi górale, a fakt jego niekończącego się kandydowania na prezydenta RP jest od dziesięcioleci przedmiotem dowcipów z długą brodą. Dlatego osobiście dziwi mnie trochę fakt, że nagle, po kilku jego ostatnich wystąpieniach w mediach, z dnia na dzień stał się on najbardziej kontrowersyjną postacią polskiej polityki.


Jego wypowiedzi szokują i prowokują, ale w gruncie rzeczy … z punktu czysto logicznego, trudno mieć do nich jakiekolwiek zastrzeżenia. Wyrażone w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i“ stwierdzenie, że „nie ma dowodów na to, że Hitler wiedział o Holokauście“ jest tego najbardziej jaskrawym przykładem. Ale stwierdzenie to jest przewrotne (i gdyby nie chodziło tu o tak masową tragedię, jaką był Holokaust, mogłoby być nawet śmieszne), bo ustawia się w jednym rzędzie ze stwierdzeniami typu: „Nie ma dowodów na to, że Jezus żył i wiedział że jest synem Bożym“ albo „nie ma dowodów na to, że Sobieski zwyciężając w bitwie pod Wiedniem był przy zdrowych zmysłach“. Takie stwierdzenia można wymyślać w nieskończoność, a branie ich poważnie może świadczyć o inteligencji odbiorcy. W tym momencie rzeczowy rozmówca mógłby postawić szereg pytań, na przykład: na jakiej podstawie opiera się to twierdzenie? albo czy JKM osobiście zna, przeanalizował i zrozumiał dokumenty Hitlera? Ale to byłoby już oczywistym brnięciem w krainę nonsensu. W tym zestawieniu jednak komicznym może wydawać się fakt, że partia Polska Razem podała tę logiczną, acz pozbawioną głębszego sensu wypowiedz do sądu jako agitację wyborczą.


Podobnie ma się rzecz ze stwierdzeniami dotyczącymi gwałtów na kobietach i samych kobiet, które to stwierdzenia nie bez powodu wstrząsnęły kręgami feministycznymi. Tutaj wymowa jest wbrew możliwym pozorom dużo poważniejsza, bo bardziej rzeczywista, aktualna. A to dlatego, że ekstremalnie konserwatywne poglądy Korwina-Mikkego (do których w kraju demokratycznym, nawet jako jej zagorzały przeciwnik, oczywiście ma święte prawo), poruszają się na granicy zgodności z konstytucją, która gwarantuje równe prawa dla wszystkich obywateli. Nonsens jego stwierdzenia, że „kobiety nie powinny głosować, bo to nie ma sensu i tak głosują one na mężczyzn“ polega na tym, że być może oparte na rzeczywistych statystykach, nie uwzględniają one faktu, że szanse kobiet na uczciwą kampanię wyborczą i poważną obecność medialną są w Polsce wciąż znikome. Mniej lub więcej udane kampanie należą w Polsce do wyjątków potwierdzających regułę, że jeśli nie są one związane z jakąś kontrowersją albo nagością, nie maja prawa bytu, będąc strącane na absolutny margines medialnej obecności. W skutek czego kandydatki są albo niemal nieznane albo - jak w przypadku całych dziesięcioleci wyborów w latach poprzednich - po prostu ich liczba była minimalna.
Lekceważąca wypowiedz Korwina-Mikke na temat gwałtów na kobietach jest subiektywnie bolesna, niepedagogiczna, niehumanitarna i niemoralna, ale… bazująca znowu na „logice“, polegającej na tym, że często nie można w żaden sposób rzeczowo udowodnić, (tym bardziej w sprawach intymnych), kto co naprawdę miał na myśli. Tragedią jest tutaj fakt, że cała obecna kwestia prawna związana z karaniem za gwałty opiera się na tej samej „logice braku jednoznacznych dowodów winy“, stąd tak żenująco śmieszne kary za te przewinienia.


Można by dalej analizować wypowiedzi Janusza Korwina-Mikke, można to robić w nieskończoność dochodząc do jednego wniosku: że cały fenomen jego popularności polega na tym, że mówi rzeczy ekstremalnie kontrowersyjne, którym jednak logicznie trudno w 100% zaprzeczyć. Jego taktyka polega m.in. na logicznym sprowadzaniu wybranych kwestii do absurdu z braku 100% dowodów rzeczowych.


Myślę jednak - i biorę pełną odpowiedzialność za możliwą krytykę mojego stwierdzenia - że w Polsce nie ma on właściwie partnerów do rozmów, czyli rozmówców, którzy intelektualnie mogliby się z nim zmierzyć, rzeczowo ustosunkowując się do jego argumentów (tu warto wspomnieć, że są wyjątki, np. ostatnia rozmowa w „Tak czy Nie“ z Kazimierą Szczuką). W Polsce bowiem nie ma kultury i tradycji dyskusji na poziomie akademickim, w stylu np. Christophera Hitchens’a, Richarda Dawkinsa i innych, tak jak to się dzieje w UK, USA, Niemczech i całej tzw. Europie Zachodniej. Nie trenuje się tego w mediach, najprawdopodobniej również nie trenuje się tego na uniwersytetach, a przynajmniej nie w stopniu, który mógłby wprowadzić istotną i szerszą zmianę samego podejścia i zrozumienia pojęcia dyskusji. Najczęściej - tak jak stało się to we wspomnianym programie Moniki Olejnik - górę biorą dzikie emocje przykrywające resztki niećwiczonego intelektu rozmówców i zupełnie podstawową nieumiejętność prowadzenia rozmów, nagminną wręcz w polskich mediach. Korwin-Mikke, jako człowiek bez wątpienia o ponadprzeciętnej inteligencji, zdaje się wykorzystywać tę sytuację do prowokacji i kontrowersji. On właśnie - nawet z tą swoją żelazną logiką czasem kompletnie bezsensownych fantasmagorii - reprezentuje poziom akademickich dyskusji, które najprawdopodobniej w obecnym, półprofesjonalnym i przesyconym raczej emocjami niż rzeczową dyskusją stanie polskich mediów, powinny pozostać w zamkniętym kręgu geeków intelektualnych, pod zakazem słuchania przez zwykłych śmiertelników.
Uważam, że jedynym pozytywnym wpływem z prowokacji Korwina-Mikke mogłoby być właśnie podniesienie poziomu dyskusji merytorycznej w mediach polskich, ale na to mimo wszystko osobiście na razie nie liczę.

Trudno mi szacować szanse Janusza Korwina-Mikke na wejście do Parlamentu Europejskiego, ale nie obawiałabym się tego, tak jak być może większość ludzi, których opinie słyszę. Zaprawiony w kontrowersyjnych dyskusjach EP przeżył już swojego Nigela Farage’a i sądzę, że prowokacje JKM spotkają tam bardziej odpornych i rzeczowych przeciwników.