Czy brak stałego zajęcia jest powodem do niskiego poczucia własnej wartości? Czy utrata zatrudnienia jest powodem do wstydu? Okazuje się, że dla wielu ludzi tak!! Czy tak musi być? Chyba niekoniecznie. Przemyślenia na ten temat zacznę od osobistego wyznania:
REKLAMA
- Jestem ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną.
- Od bardzo dawna nie mam ani stałej pracy ani prawa do zasiłku.
- Utrzymuję się z dorywczych zajęć i oszczędności (głównie z tych pierwszych).
- Od bardzo dawna nie mam ani stałej pracy ani prawa do zasiłku.
- Utrzymuję się z dorywczych zajęć i oszczędności (głównie z tych pierwszych).
Czy te powyższe (prawdziwe!) fakty same w sobie powinny powodować u mnie wstyd, a w otoczeniu żal i współczucie?
Oczywiście że nie, zważywszy, że od co najmniej kilkunastu lat prowadzę dość przyjemne i spełnione życie, w którym mimo różnych wyzwań niczego mi specjalnie nie brakuje!
Oczywiście że nie, zważywszy, że od co najmniej kilkunastu lat prowadzę dość przyjemne i spełnione życie, w którym mimo różnych wyzwań niczego mi specjalnie nie brakuje!
Czyli sam fakt nieposiadania stałej pracy nie musi koniecznie być powodem do wstydu, tutaj muszą wchodzić w grę inne okoliczności.
Może to fakt utraty pracy jako takiej powinien wywołać takie odczucie?
Ja tracę pracę ciągle i to po bardzo krótkich okresach czasu. Z tego, że klient zatrudniając mnie, ma bardzo szybko konkretne rezultaty zrobiłem sobie duży atut konkurencyjny i to jest korzystne. Z drugiej strony niestety oznacza to, że po 1-14 dniach za każdym razem efektywnie „tracę tę pracę” i muszę się rozglądnąć za czymś nowym.
Mimo tego, pozornie godnego pożałowania faktu, czuję się całkiem komfortowo, więc i utrata pracy sama w sobie nie musi prowadzić do wstydu, o ile nie występują inne okoliczności.
Pamiętam, jak kiedyś byłem naprawdę bardzo biedny, mieszkałem na emigracji w takiej lepszej piwnicy i straciłem jedyne dorywcze zajęcie, które jakoś utrzymywało mnie ekonomicznie na powierzchni. Czy wtedy wstydziłem się tego? Absolutnie nie!!!
Wytłumaczenie mojej ówczesnej reakcji jest bardzo proste: byłem tak zajęty walką o przetrwanie, że nie miałem głowy do tego, aby się wstydzić!!
Oczywiście nikomu nie życzę, aby z takiego powodu nie wstydził się nagłego bezrobocia, nie sądzę też, aby ktoś z Czytelników miał tak dramatyczna sytuację jak ja wtedy, przejdźmy więc do przypadków opisanych na początku.
Wytłumaczenie mojej ówczesnej reakcji jest bardzo proste: byłem tak zajęty walką o przetrwanie, że nie miałem głowy do tego, aby się wstydzić!!
Oczywiście nikomu nie życzę, aby z takiego powodu nie wstydził się nagłego bezrobocia, nie sądzę też, aby ktoś z Czytelników miał tak dramatyczna sytuację jak ja wtedy, przejdźmy więc do przypadków opisanych na początku.
Moja obecna akceptacja istniejącego w moim życiu stanu rzeczy (brak stałego zajęcia i ciągłą „utrata” tych dorywczych) wynika głównie z tego, że od dawna uznałem te czynniki jako normalne realia aktualnego rynku pracy i podjąłem odpowiednie działania, aby zamiast stać się ich ofiarą, zacząć z tego profitować. Najważniejszym elementem, o który dbałem od lat to moja wartość rynkowa i jej wszystkie trzy czynniki. Te w dzisiejszych czasach okazują się długofalowo być niezmiernie ważne dla naszego dobrego samopoczucia, ważniejsze od wymuskanych mieszkań i zawartych w nich gadżetów. Razem dają one możliwości i rezerwy, aby skutecznie poradzić sobie z pojawiającymi się wyzwaniami i skorzystać z nowych szans.
Wielu Rodaków wykazuje się tu zdumiewającą ignorancją. Zamiast pracować nad tą wartością (a nie tylko formalnym wykształceniem) zadłużają się na dziesięciolecia w sytuacji kiedy ich pewność zatrudnienia jest w tak długim okresie wątpliwa ( a jest wątpliwa dla każdego z nas), albo marnują cenne zasoby, których do tego jeszcze nie mają, na działania typu „pokaż się”, opisane ostatnio w naTemat.
Przy takim dość powszechnym, choć ekonomicznie nierozsądnym postępowaniu utrata zatrudnienia łatwo prowadzi do stresu, a u ludzi uzależnionych od opinii innych dodatkowo do poczucia winy lub wstydu. Te wszystkie reakcje znacznie obniżają nie tylko jakość życia takiej osoby, ale też jej zdolność poradzenia sobie z zaistniałą sytuacją i znalezienia nowego źródła dochodów. To z kolei u słabszych jednostek może zakończyć się spiralą prowadzącą do pozornie łatwego, a w rzeczywistości bardzo niedobrego dla ofiary życia na koszt innych. Nie idźmy tą drogą, cena dla poczucia własnej wartości jest kolosalna, a przecież można inaczej.
Niezależnie od tego, co mówią nam politycy, związkowcy i spora część mediów, rynek pracy ulega bardzo daleko idącym zmianom i śledząc go uważnie trudno oprzeć się wrażeniu, że to co widzimy to dopiero początek. Przypomina to powoli nadciągającą falę tsunami, która zatopi tych, którzy kurczowo trzymają się dotychczasowych modeli funkcjonowania, podczas gdy inni będą mogli po niej umiejętnie surfować szybko poruszając się do przodu. Osobiście wolę być w tej drugiej grupie.
Parę zasad tego surfowania:
1) „Economy first stupid!!!” – jak wielu innych jestem człowiekiem lubiącym delektować się życiem, korzystać z różnych dóbr kulturalnych, trochę tworzyć samemu. Nie zmienia to faktu, że jeśli „padnie” mi strona ekonomiczna, to cała reszta nie pociągnie długo i z tego trzeba zdać sobie sprawę. Tak rozpowszechnione liczenie przy tym na pomoc państwa lub rodziny nie jest zdrową praktyką i długofalowo prowadzić może do poważnych problemów. Dlatego "Economy first", a dopiero potem cała reszta!
2) Dbaj o wartość rynkową na rynku pracy!! – W młodym wieku jest to duże zadanie, które powinno mieć najwyższy priorytet, chyba że ktoś odziedziczył milionowy spadek. Potem wystarczy z tego zrobić nieustający proces doskonalący, który oczywiście nie musi już wypełniać tyle czasu, bo żyć też trzeba.
3) Unikaj długoterminowych zobowiązań finansowych w obliczu niepewnej przyszłości rynku pracy. Jeśli odpowiednio zadbasz o punkt drugi, to jest duża szansa że nie będziesz musiał takowych podejmować aby zaspokoić Twoje potrzeby, bo będziesz miał dość środków na koncie. To jest kwestia odpowiedniej kolejności działania. Większość ludzi najpierw wrzuca mąkę, jajka i wodę do gorącego piekarnika, a potem starają się ugnieść z tego ciasto. To nie prowadzi do dobrych rezultatów.
4) Dbaj o swobodę manewru i elastyczność myślenia na wypadek, kiedy Twój rynek pracy zniknie lub szanse przeniosą się gdzieś indziej. Wielu ludzi próbuje stworzyć sobie bezpieczną przystań, która potem często okazuje się kamieniem u szyi kiedy trzeba coś zmienić.
5) Uniezależnij się od opinii innych, zwłaszcza kiedy robisz różne eksperymenty w życiu i pewne z nich nie wyjdą. Praca jest jedną z takich prób i jeśli ją straciłeś, to tylko sygnał, że z jakiś powodów nie było to dobre rozwiązanie. Nie ma tutaj powodu do wstydu, ani nawet do usprawiedliwiania się jakiegokolwiek rodzaju. To jest Twoje życie, które Ty musisz przeżyć, potknięcia są w nim nieuniknione i innym ludziom generalnie nic do tego, chyba że podjąłeś wobec nich konkretne zobowiązania. Nawet w tym ostatnim przypadku nikt nie ma prawa Cię ośmieszać, czy zawstydzać, tylko pragmatycznie pomagać w szukaniu rozwiązania. Ludzi, którzy tego nie rozumieją warto „wymienić” na bardziej świadomych.
Szczęśliwego surfowania !!
Cały powyższy tekst jest oczywiście nieco uproszczonym odbiciem moich subiektywnych doświadczeń i obserwacji, dlatego chętnie podyskutuję na ten temat w komentarzach.
Tak, czy inaczej mnie podobają się rezultaty stosowania tego, co opisałem, dlatego postanowiłem się tym podzielić :-)
Tak, czy inaczej mnie podobają się rezultaty stosowania tego, co opisałem, dlatego postanowiłem się tym podzielić :-)
