W sferach rządowych dużym wzięciem cieszy się obserwacja, że polscy przedsiębiorcy są nadzwyczaj bogaci, bo na kontach swoich firm zgromadzili 200 mld zł. W związku z tym stać ich na wiele wydatków, a w tym na zapłacenie wyższej składki rentowej i wyższej pensji minimalnej.
REKLAMA
200 mld złotych położone na stole zrobiłoby wrażenie nie tylko na Janie Kowalskim, ale i na Janie Kulczyku. Robi też wrażenie na ministrze finansów, bo to już kwota porównywalna z budżetem państwa.
Popatrzmy jednak na nią z innej perspektywy. Firm aktywnych w Polsce, czyli tych, które płacą podatki, jest około 2,2 mln. Stąd łatwo wyliczyć, że z tych 200 mld zł średnio na firmę przypada 91 tys. zł. I to musi starczyć na kapitał obrotowy, wkład własny przy zaciąganiu kredytu, drobne inwestycje i rezerwę finansową na nieprzewidziane okoliczności. To jest bardzo mała kwota, nawet dla bardzo małej firmy. A przecież firmy duże muszą akumulować więcej, więc firmy małe akumulują jeszcze mniej. 200 mld zł nie jest więc dowodem zamożności polskich firm, ale raczej ich biedy.
Jest jeszcze inna refleksja w sprawie rządowej oceny prosperity firm. Otóż każdy przedsiębiorca dobrze wie, że zgromadzony kapitał może być przeznaczony jedynie na wydatki jednorazowe, a nie na wydatki powtarzalne. Na zapłacenie comiesięcznych wynagrodzeń i podatków trzeba mieć comiesięczne przychody. Z oszczędności się tego płacić nie da.
