Jedną z najdalej idących form emancypowania się nowego mieszczaństwa jest, przybierająca na sile w okresie urlopowym, emancypacja od dzieci. Cóż, dla nowomieszczanina urlop to świętość. Dzieci - tylko w pewnych użytecznych aspektach ich posiadania. Świętość mieszczan jest bowiem użytecznością. Ten rodzaj "wolności" może rodzić daleko idące konsekwencje, których jej nośniki - nowi mieszczanie - jak można się domyślić, nie biorą pod uwagę.
REKLAMA
Zawsze, kiedy przychodzi mi pisać o zagadnieniach psychologicznych, mam poczucie pewnego zakłopotania. Koniec końców psychologiem nie jestem, a do tego wśród portalowych koleżanek i kolegów nie brakuje takich, co są i zjedli na tym zęby. Tym niemniej, bazując na własnych dość szerokich obserwacjach, zaryzykuję twierdzenie, że dzieci w pewnym wieku mogą odczuwać wyjazd rodziców na urlop bez nich jako pewnego rodzaju porzucenie. Zupełnie małe dzieci mogą na te kilka dni stracić poczucie bezpieczeństwa i bliskości, a te większe bardziej już intelektualnie poczuć się zrobione w balona. Co więcej myślę, że ten – drobny w zasadzie uraz – gdzieś w nich zostanie i prawie na pewno pojadą na urlop również bez swoich dzieci.
Oczywiście, można tę sprawę jakoś psychologicznie obudować. Starsze dzieci mogą czuć zainteresowanie i przyjemność odrywając się od rodziców na wyjeździe do dziadków czy wujków. Taka sytuacja wydaje mi się psychologicznie bezpieczniejsza, bo daje dzieciom poczucie ważności, możności samodecydowania o sobie. Podobnie z koloniami, obozami itp. Jeśli ktoś lubi na nie jeździć.
Nowomieszczanom (używam tego pojęcia bardzo umownie i niezwykle szeroko) zdaje się zapewne, że jest to dla ich dzieci jakaś szkoła życia. Oto – myślą – dzieci uczą się zostawać same. Uczą się, że w ich życiu zdarzają się sytuacje, kiedy będą same i że tatuś i mamusia, nie zawsze będą mogli im poświęcić cały swój czas. W mojej ocenie dzieci, przynajmniej do pewnego wieku uczą się, że po prostu można porzucać i zostawiać. A skoro można, to na pewno zrobią kiedyś to samo. Nie robią się twardsze, tylko bardziej miękkie. Urażone i niepewne siebie, niepewność tę będą ukrywać w przyszłym życiu. Dla rodziców te przedwczesne nauki są tylko wygodną wymówką.
Drugi aspekt sprawy to w ogóle kontekst funkcjonowania rodziny w państwie. Nowoczesne państwa mniej lub bardziej intencjonalnie dokładają wielu starań, żeby więzi rodzinne osłabiać. Dobry obywatel to ten, który więzi państwowe przedłoży nad rodzinne. Im więcej wychowania i im wcześniej, tym lepiej. Jeśli Państwo nie przejmuje pełnej kontroli nad tym procesem, to tylko dlatego, że nie do końca je na to stać.
Nie inaczej postępują korporacje, dla których więź rodzina jest o tyle niebezpieczna, że może osłabiać więź klient-produkt-sprzedawca (czyli korporacja). A dla korporacji liczy się tylko taka więź. Nie wyczerpuje to oczywiście aspektu wykorzystywania „porzuconych” dzieci, które kiedyś staną się „porzuconymi” dorosłymi. Ci ostatni zasilą szeregi korporacyjnego bezmyślenia i będą wytwarzać produkty dla kolejnych grup porzuconych. Dla korporacji urlop to - nieco symbolicznie - kluczowy moment chwytania klienta. A przecież nie chodzi o to, żeby wyrwać od niego parę złotych. Chodzi o to, żeby zabrać mu wszystko, bo tylko wtedy będzie chciał płacić dalej.
Konserwatywnie? Tylko trochę. Ale czy całkiem nielewicowo i nieliberalnie? Będę zapewne postrzegany jako totalny zgred, ale zapytam, czy za tym urlopowym porzucaniem dzieci, nie kryją się te same ciemne emocje i stłamszone myśli, które – w skrajnych przypadkach – pozwalają na porzucenie psa, którego nijak na urlop w luksusowym hotelu zabrać nie można.
Punktem wyjścia dla tych krótkich rozważań przy porannej kawie był tekst Krzysztofa Majaka na „NaTemat” Wakacje bez dzieci....
Pozdrawiam, życząc udanego urlopu, na który osobiście wybieram się, kiedy już wszyscy z niego powrócą. Oczywiście z dziećmi. ;-)
