Opinie wypowiadane przez Janusza Korwin-Mikkego na temat olimpiady osób niepełnosprawnych zdają się być źródłem pewnych zupełnie zasadniczych nieporozumień. Oto najczęściej oceniane są w perspektywie moralnej - obraził/nie obraził. Perspektywa ta, poniekąd uzasadniona, nie dotyka jednak istoty sprawy, która zdaje się mieć charakter teoriopoznawczy.

REKLAMA
Oto gdybyśmy przeprowadzili analizę spójności tez JKM z punktu widzenia tradycyjnej dwuwartościowej logiki, to zapewne niewiele błędów udałoby się wyłuskać w tym swoistym zbiorze. Niestety, zbór ten zdaje się być systemem zamkniętym, prawdziwym jedynie w swoim obrębie; formalnie poprawnym, nieuwzględniającym jednak jakichkolwiek osobliwości związanych z tajemniczymi związkami języka, logiki i faktów, oderwanym również w znacznej części od doświadczenia.
Innymi słowy, w systemie tym liczy się poprawność sylogizmów, nie dba się w nim jednak o uwzględnienie wszystkich przesłanek, a ich prawdziwość jest arbitralnie ustalana przez konstruktora. Jak się domyślam, to właśnie taka hermetyczna semantyka nie pozwala Januszowi Korwin-Mikke rozpoznać (pełnego) znaczenia paraolimpady (również uważam tę nazwę za nietrafioną).
Wszystko, co napisano wyżej, ma swoje konsekwencje praktyczne i moralne. Przypuszczam, iż dla JKM jedną z najwyżej usytuowanych wartości jest prawda (również taka prawda, jaką sam wewnętrznie ustalił, o czym niestety zdaje się zapominać). Bezkompromisowe jej głoszenie zasługuje na szacunek, ale nie bezwarunkowy. Po pierwsze nasze ludzkie prawdy mają wysoce względny charakter. Z właściwą sobie lakonicznością raczył to niegdyś wyrazić Oscar Wilde w znanym The truth is rarely pure and never simple. Po drugie, potrafią mieć siłę tak niszczącą, że ich obiektywna prawdziwość (jeżeli w ogóle możemy ją osiągnąć), przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, bądź ma znaczenie jedynie w kontekście całkowitego demontażu wszelkich form współżycia społecznego.
Jeżeli na gruncie tej sprawy rzeczywiście pojawiły się jakieś strony, to dyskusja między nimi jest typowym sporem werbalnym, w którym adwersarze Korwin-Mikkego ulegają skądinąd zrozumiałym emocjom, a JKM spuszcza głowę, bo nie jest w stanie zmienić własnego zasobu znaczeń, czy uchylić drzwi dla jakiejkolwiek nowej przesłanki. Nie akceptuje również takiego sposobu prowadzenia dyskusji (bez odnoszenia się do zawartości jego zbioru poglądów), co skądinąd również zasługuje na zrozumienie.
Już tylko na marginesie można wyrazić ubolewanie, iż postawa lidera "realistów" prowadzi w praktyce do postępującej deprecjacji idei konserwatywnych czy liberalno-konserwatywnych, które siłą rzeczy na polskim gruncie utożsamiane są z ich głównym orędownikiem.