Niemal codziennie dowiaduję się, że na studiach czegoś tam nie uczą. Przede wszystkim nie uczą umiejętności praktycznych. Wiemy również, że nie przekazują wiedzy (chociaż wiedza, jak wiemy, jest niepotrzebnym obciążeniem, bo jak komuś potrzeba coś z wiedzy, to sprawdza w Internecie). W zasadzie to nie uczą i nie przekazują niczego. Czasami pośród tych utyskiwań, pojawia się jednak coś nowego. Nie dalej jak wczoraj dowiedziałem się, że na studiach nie uczą empatii.
REKLAMA
Po takim dictum pierwszym odruchem jest wypowiedzenie w myślach niecenzuralnego słowa - ….., co to jest?! To tego można się nauczyć na studiach?Osobnik, którego nie ukształtowała rodzina, szkoła podstawowa, najbliższe otoczenie i wreszcie własne starania i doświadczenia ma w wieku dwudziestu paru lat nauczyć się empatii i współczucia?!
Oczywiście współczesna cywilizacja oddana na pastwę ekspertów i specjalistów na powyższe pytanie odpowiada gromkim TAK! - wszystkiego można się nauczyć. Skoro można się nauczyć PROFESJONALNEJ obsługi klienta względnie pisania atrakcyjnych CV (celowo odwołuję się do fundamentalnych umiejętności , które powinna posiąść istota ludzka), to można nauczyć się współczucia, czy – jeśli ktoś woli – empatii.
Idąc tym tokiem myślenia, łatwo pojmiemy, dlaczego rodzice małego Bolka zostali potraktowani, tak jak zostali. Wszystko wytłumaczy nam psycholog (poniekąd Bogu ducha winny, bo oddany w ręce dziennikarzy). - Niestety nie wszyscy lekarze są przygotowani na prowadzenie takich trudnych rozmów. – mówi na łamach „Gazety.pl” Ewa Czemierowska. Na studiach oczywiście mają psychologię, ale nie mają żadnej praktyki. Nikt nie uczy przyszłych lekarzy empatii (sic!).
(Całość tekstu:Lekarzy na studiach nie uczą emaptii, Gazeta.pl)
Ale nie czepiajmy się lekarzy. Empatii nie uczą również na studiach prawniczych, politologicznych, dziennikarskich, szkołach policyjnych, pedagogice, politechnice i SGH. A jeżeli w ogóle uczą na jakichkolwiek kierunkach, to całkowicie przypadkowo i incydentalnie. Nie tyle zresztą uczą, co utrwalają u tych, którzy już są empatyczni, starając się zachować neutralność wobec nieprzebranej rzeszy coraz to prymitywniejszego i coraz to mniej empatycznego materiału ludzkiego, na którym przychodzi pracować wymęczonym i zrezygnowanym wykładowcom. Nie uczą, bo tego się nie da nauczyć. Być może da się wyćwiczyć pewne zachowania, ale będą one miały z empatią tyle wspólnego co lot żurawia z podskokami kury domowej.
Narzekałem ostatnio na nadmiar morału w publicznej debacie. Mimo to – występując przeciwko samemu sobie – zakończę ten niewiele znaczący wpis morałem, a jeżeli już nie morałem, to przynajmniej podsumowaniem. Oto, od kilkudziesięciu lat na bazie postępującego acz względnego dobrobytu, kształtuje się nadbudowa poznawczej niemocy ludzkiego rodu. Niemoc ta wiąże się z przekonaniem, że człowiek może wzrastać w oderwaniu od nieskończonej ilości znaczeń otaczającego świata. Że zamiast nich wystarczy pakiet praktycznych umiejętności, a jeżeli już, to że można je odnaleźć w Internecie, że można je "sprawdzić", tak jak sprawdza się datę bitwy pod Cedynią.
Przywożą nam dziecko w dziwnym stanie na oddział – wpisujemy do przeglądarki hasło – dziecko z dziwnymi objawami w kontekście podenerwowanych rodziców – i już mamy odpowiedź. Kiedy mamy już wstępne rozeznanie w sytuacji, to możemy w przeglądarce poszukać uczuć, które powinny towarzyszyć naszym działaniom, słów, które powinnyśmy wypowiedzieć. W ten sposób na bazie solidnej wiedzy z Internetu (względnie szkolenia), samoistnie wytworzy się empatyczna reakcja i adekwatne działanie. Podobny schemat można zrealizować dla każdej innej profesji, bo przecież nie o lekarzy tu idzie. Prawda, że proste.
