http://www.shutterstock.com

"Kategoria N w więzieniu oznacza niebezpieczny. Śmiem twierdzić, że nie ma to na celu zachowania bezpieczeństwa w areszcie, lecz jest sposobem nękania podejrzanego. Skrót „N” w większości przypadków nie oznacza niebezpieczny, lecz nękany. N-ka jest w Polsce nadużywana i służy innym celom niż jej przeznaczenie" - to fragment listu siostry osadzonego, który zmarł w areszcie śledczym. Rodzina podejrzewa, że to nie była przypadkowa śmierć. Za jej zgodą list publikuję w całości.

REKLAMA
Jestem siostrą Artura, który zmarł 22 sierpnia 2012 wskutek urazu czaszkowo-mózgowego, do którego doszło w Zakładzie Karnym w Sztumie rzekomo po upadku z łóżka. Nie wierzę, że „prawdziwa prawda” o okolicznościach, które doprowadziły do śmierci mojego brata zostanie wyjaśniona/ujawniona. W skrócie przedstawiam kilka informacji z ostatnich miesięcy jego życia i umierania.
17 kwietnia br. Artur został zatrzymany w Hiszpanii na podstawie listu gończego, w którym zarzucano mu wprowadzenie do obrotu w okresie od jesieni 2004 do lata 2005r 7000 gramów kokainy, 20 gramów heroiny, 5000 gramów amfetaminy, 5000 sztuk tabletek MDMA – (pochodna amfetaminy). Jeszcze będąc w Hiszpanii, w trakcie oczekiwania na deportację, trafił do szpitala klinicznego z powodu jadłowstrętu i utraty masy ciała. W areszcie w Polsce (Sztum, Czarne) jego stan stale się pogarszał, obserwowano postępujące wyniszczenie (w ciągu 2,5 m-ca schudł ok.20-25kg -ostatnie dane z 30.07.2012 masa ciała 63 kg, przy wzroście 185cm). Nie zastosowano leczenia żywieniowego, a nawet z racji kategorii N, którą mu przyznano, stosowano restrykcję pokarmów. Od wielu lat chorował na bulimię, która w warunkach aresztu przybrała postać anoreksji bulimicznej. Nikt go w tym kierunku nie przebadał i nie traktowano tego jako choroby (mimo że jest wymieniona zarówno w klasyfikacji chorób ICD10, jak i DSM IV), tylko uznawano, że celowo prowokuje wymioty, by sobie zaszkodzić. Taką opinię wydał lekarz, argumentując, że jego wymioty nie mają tła chorobowego, gdyż prowokuje je celowo. Artur kilkakrotnie przebywał w szpitalu więziennym, ale zastosowane leczenie nie przyniosło wymiernego efektu. Ponadto jego adwokat wielokrotnie kierował pisma do aresztów i prokuratury z brata z prośbą opinie biegłych i zmianę środka zapobiegawczego (kategorii „N”).
Podczas pobytu w aresztach rodzinie utrudniano kontakty z Arturem. Pierwszą zgodę na widzenie rodzice otrzymali po 50 dniach, mimo że wg prawa przysługiwało mu nie rzadziej niż co 30 dni. Widzenie miało miejsce 5 sierpnia (brat trafił do Polski 6 czerwca). Gdy rodzice w pierwszym możliwym terminie wybierali się na widzenie do Artura, okazało się, że potrzebują jeszcze jednej zgody z prokuratury we Wrocławiu, która również nałożyła na niego sankcję w postaci aresztu. Przy okazji nadmienię, że zgodnie z prawem Artur mógł być sądzony tylko z tytułu zarzutów, na podstawie których był deportowany i stawianie nowych zarzutów i dawanie mu z tego powodu sankcji było łamaniem międzynarodowych przepisów. Ta sytuacja spowodowała, że nasze widzenie musiało być jeszcze o tydzień odroczone.
Podczas widzenia, ojciec, gdy tylko ujrzał Artura powiedział, „Synu, z tego, co widzę, to Ty już stąd nie wyjdziesz”. Następnie w tamtejszej kantynie kupił kilka produktów spożywczych. Brat trzymając je w rękach skutych kajdanami i łańcuchami szarpał je jak wygłodniałe zwierzę. Mimo wyniszczenia i znacznej utraty masy ciała, z racji kategorii „N”, Artur miał restrykcję pokarmów. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że słowa ojca okażą się prorocze. Po widzeniu mama zadzwoniła do prowadzącego śledztwo prokuratora Mariusza Marciniaka i powiedziała, że jest bardzo zaniepokojona stanem zdrowia syna, że jest tak słaby, że nawet mówienie sprawia mu trudność. Na co ów odpowiedział mi, że jego stan zdrowia jest wynikiem jego trybu życia. Kiedy zaprzeczyła odpowiedział, że on nie jest lekarzem, a syn pozostaje pod opieką lekarzy, którzy nie podzielają zdania rodziny. Ponadto stwierdził, że Artur jest pełnoletni i ma swojego pełnomocnika i w związku z tym w ogóle nie powinien ze matką rozmawiać i jedyne, co on może zrobić, to może dać kolejną zgodę na widzenie za 2 tygodnie, po którą mama miała zgłosić się 17 sierpnia.
10 sierpnia (piątek) mama zgłosiła się do prokuratury z listami do brata. Już wówczas widać było, że coś się dzieje, bo pani w sekretariacie nie wiedziała, dokąd zaadresować korespondencję. Po wykonaniu kilku telefonów powiedziała, że wyśle do Sztumu, żeby tam na niego czekały. Zapytana, gdzie Artur przebywa (2 dni później - w niedzielę - partnerka brata-Kaja z dzieckiem wybierała się na widzenie), pani w sekretariacie odpowiedziała, że bratowa nie ma jechać, tylko zatelefonować w poniedziałek po informacje. Mimo tego ona nie zrezygnowała z planów odwiedzin Artura. Niestety, po wykonaniu telefonu do aresztu w Czarnym, gdzie skrupulatnie odpytano ją z jej danych i brata, poinformowano, że nie mogą jej udzielić informacji, czy on tam przebywa. Być może już wówczas jego stan był bardzo ciężki, dlatego takich informacji nie chciano udzielić. Wskutek tego widzenie się nie odbyło i Arturowi nie było dane zobaczyć ani jej, ani jego ukochanej córeczki. Pozbawiono ich szansy ostatniego (jedynego) spotkania (nie wliczając w to odwiedzin w szpitalu, gdyż wtedy to nie było spotkanie tylko pożegnanie, choć wówczas wciąż jeszcze tego do siebie do końca nie dopuszczaliśmy – tzn. ja zdawałam sobie sprawę z jego stanu, ale mama i bratowa jeszcze wierzyły w cud).
Kolejna mamy wizyta w prokuraturze miała miejsce 17 sierpnia. Zgłosiła się po obiecaną zgodę na widzenie. Pani w sekretariacie poinformowała, że zgody nie otrzyma oraz, że nie może udzielić informacji, gdzie syn przebywa. Wobec powyższego mama zażądała rozmowy z prokuratorem. Ten wydał zgodę na widzenie w ZK w Sztumie, informując, że odbędzie się w asyście oficera CBŚ. Przy okazji zapytała, gdzie syn przebywa, prokurator skłamał, mówiąc „Jak to gdzie? Tam gdzie jest jego miejsce, w ZK w Sztumie”, podczas gdy Artur od 2 dni był w stanie krytycznym i nieprzytomny przebywał na Sali Intensywnego Nadzoru Oddziału Neurochirurgii, o czym sam doskonale wiedział. W tym dniu również przyjęto mój list do Artura, wiedząc, że jest on nieprzytomny i list ten nie zostanie mu przekazany. Ta sytuacja i postępowanie prokuratora przypomina praktyki z łagrów sowieckich, gdy matka otrzymywała zgodę na widzenie, a syn od 5 lat już nie żył.
20 sierpnia (poniedziałek) o godz. 8 rano mama zadzwoniła do prokuratury, by poznać godzinę widzenia ustaloną z oficerem CBŚ, który również miał w tym widzeniu uczestniczyć. Od sekretarki dowiedziała się, że stan zdrowia syna pogorszył się i przebywa w szpitalu w Bydgoszczy oraz, że w dniu następnym o godz. 11.30 przed szpitalem będzie czekał na nas widzenia oficer CBŚ, w asyście którego miało się odbyć widzenie. Godzinę później tj. w poniedziałek o godzinie 9 oficer CBŚ umówił się z bratową (na ten sam termin) i poinformował, że Artur przebywa na oddziale neurochirurgii na intensywnej terapii. Tego samego dnia Kaja pojechała do szpitala, gdzie zastała 5 strażników więziennych pilnujących sali, na której leżał nieprzytomny Artur, a od lekarza dyżurnego dowiedziała się, że jest po operacji neurochirurgicznej (15.08.2012) i że jego stan jest krytyczny. Mimo tego nie mogła odwiedzić, a nawet zobaczyć brata, tylko musiała czekać na wyznaczony termin w dniu następnym. O operacji i stanie brata również nie został poinformowany jego prawny pełnomocnik.
W dn.21.08.2012 odbyło się owo „widzenie”, tyle że nie w Sztumie, lecz w Oddz. Neurochirurgii w sali intensywnego nadzoru. Był nieprzytomny, podłączony do respiratora. Mimo tego, w dalszym ciągu miał status „N” i przed wejściem do sali pilnowało go 5 strażników, a brat miał nogi przykute kajdanami do łóżka. Przy okazji nadmienię, że na sali oprócz Artura leżało jeszcze 2 innych pacjentów. Na nasze widzenie przyjechało dodatkowo 3 policjantów oraz 2 oficerów CBŚ, czyli łącznie pilnowało go 10 osób. Czy człowiek nie ma prawa do godnej śmierci? To nieludzkie, bezduszne, niehumanitarne i szargające godność ludzką. 10 osób miało okazję przyglądać się naszemu bólowi i rozpaczy. Artura pozbawiono prawa do godnego umierania, a nas możliwości towarzyszenia mu w ostatnich chwilach życia...
Po śmierci Artura zapytałam lekarza prowadzącego, czy ordynator mógł się nie zgodzić na przykuwanie Artura do łóżka, lekarz odpowiedział, że nawet on mógł nie wyrazić na to zgody. Zapytany dlaczego tego nie zrobił, odpowiedział, że to w żaden sposób mu nie szkodziło i nie robiło krzywdy. A na pytanie o prawo do godności i godnej śmierci, odpowiedział, że żadna śmierć nie jest godna. Myślę, że ten lekarz (na razie jeszcze rezydent) musi się jeszcze wiele nauczyć, by zrozumieć, że jego rolą jest nie tylko leczenie ludzi, ale również pomagać im umierać bez bólu i w godności. Przecież cała idea hospicjów na tym się opiera. Takiej odpowiedzi można spodziewać się od strażnika więziennego, ale nie od lekarza.
Z informacji, które już po śmierci do nas dotarły wynika, że w dn.15.08.2012 Artur wypadł z łóżka. Z badań przeprowadzonych w szpitalu stwierdzono, że doszło do pęknięcia podstawy czaszki, tetraplegii (porażenia czterokończynowego), a w badaniu tomokomputerowym widoczne są liczne krwiaki mózgowe. Zastanawiające jest, jak mogło dojść do tego upadku, jak również skąd po jednym upadku powstały liczne krwiaki mózgowe. Generalnie pytań jest znacznie więcej. Z prowadzonego przez nas nieoficjalnego śledztwa wynika, że Artur został pobity (a ten upadek być może był jedynie upozorowany).
Uprzejmie proszę o pochylenie się nad tragedią i zbrodnią, która spotkała nas, a przede wszystkim Artura. Jemu to życia nie wróci, ale chcemy, by winni jego śmierci zostali ukarani. Ponadto, może dzięki temu ochroni się innych przed takim losem. Podejrzany czy skazany to również człowiek i nikt nie ma prawa pozbawiać go podstawowych praw i ludzkiej godności. W związku z tym złożyłam również skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich, Fundacji Helsińskiej oraz personalną skargę na Mariusza Marciniaka do Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta. Fundacja Helsińska jak na razie nie odpowiedziała, RPO bada sprawę, a przedstawiciel Seremeta przekazał skargę do Gdańska do prokuratora apelacyjnego, czyli prawdopodobnie tego, który zatwierdzał (a może i pochwalał?) decyzje Mariusza M. Kolejne polskie kuriozum.
Oburzające jest, że prokurator personalnie nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny, decyzje którymi bezpośrednio przyczynił się do śmierci Artura.. Uważam, że władza, która wynika z piastowania stanowiska prokuratora jest nadużywana i pokazuje rzekomą ważność osoby, która ją dzierży, a w rzeczywistości odkrywa jej małość. Polska wysyła swoich obserwatorów na Białoruś, gdzie łamane są prawa człowieka. Może warto byłoby zacząć od własnego kraju, gdzie podobne przykłady można mnożyć.
Warto również przyjrzeć się kategorii „N”. Śmiem twierdzić, że nie ma to na celu zachowania bezpieczeństwa w areszcie, lecz jest sposobem nękania podejrzanego. Skrót „N” w większości przypadków nie oznacza „niebezpieczny”, lecz „nękany”. „N-ka”, jest w Polsce nadużywana i służy innym celom niż jej przeznaczenie. Poza tym w naszym kraju obowiązuje zasada domniemanej niewinności. Ja mam natomiast wrażenie, że prokurator nie czekając na zakończenie śledztwa i orzeczenie sądu, dokonał samosądu i skazał go na karę śmierci wykonaną rękoma strażników z ZK w Sztumie."
W sprawie zaniedbań, które mogły mieć związek ze śmiercią Artura B. rodzinę reprezentuje Adwokat Nicholas Cieslewicz z trójmiejskiej kancelarii SCBP.