
Jeżeli ksiądz ma prawo powiedzieć, że "dzieci poczęte metodą in vitro mają często wady genetyczne, są niegodziwe, posiadają charakterystyczną bruzdę na twarzy i częściej niż inne chorują" to każdy z nas ma prawo powiedzieć, że jedyną metodą na niepokalane poczęcie jest in vitro.
REKLAMA
Longchamps de Berier, warszawski ksiądz wypowiadając swoje słowa powołał się na ekspertów. Wśród nich znaleźli się mikrobiolog molekularny reprezentujący wrocławski oddział Polskiej Akademii Nauk oraz specjalista z zakresu genetyki klinicznej ze specjalizacją z laboratoryjnej genetyki medycznej (wieloletni kierownik Zakładu Genetyki Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku). To dwie pierwsze z brzegu osoby posługujące się swoim naukowym autorytetem z licznego grona zwolenników Kościoła Katolickiego, które wypowiadają się negatywnie o metodzie, która dała życie pięciu milionom ludzi na całym świecie. Według nich "in vitro to nie nauka, ale wyłącznie biznes".
Pozostańmy zatem w kręgu nauki. Przyjmijmy profesorską optykę, że nauka jest najwyższą wartością, a jej dowód lub brak stanowi o istocie. Ba! - imiennie ich dowód lub brak! Ułóżmy równanie w którym in vitro, niepokalane poczęcie, nauka, Kościół i biznes będą stanowić niewiadome. Rozumiem, że przywołani przez księdza de Berier eksperci w oparciu o swą wiedzę wytłumaczą nam równie autorytatywnie zagadnienie niepokalanego poczęcia. Wszak są naukowcami, od których po zakwestionowaniu jednego możemy oczekiwać zapewne udowodnienia drugiego. Zapewne będą konsekwentni i podejmą się misji dostarczenia twardych dowodów na cud narodzin, po których nikt już nie będzie śmiał obwoływać Kościoła biznesem. Chyba, że nie pojawią się równie “oczywiste jak w przypadku szkodliwego in vitro” profesorskie dowody i Kościół równie konsekwentnie zrewiduje swoje stanowisko wobec niepokalanego poczęcia.
