
Obecny Minister Sprawiedliwości to najmniej merytoryczny minister w rządzie Platformy Obywatelskiej. Powinien przejść do historii, a historia powinna o nim zapomnieć. Jak najszybciej.
REKLAMA
Głosowanie w sprawie związków partnerskich w Sejmie ukazało prawdziwe oblicze Jarosława Gowina. Minister wykorzystał swoje stanowisko dla zamanifestowania ortodoksyjnej wizji Polski. Tak samo jak w przypadku in vitro ponad dobro obywateli przedłożył własne poglądy etyczno-religijne, czym odszedł od roli konstytucyjnego ministra. Niezależnie od wywołanego zgrzytu w Platformie ostatnie wypadki jasno pokazują, że dla Gowina zasłanianie się głosem sumienia stało się drogą do zbijania politycznego kapitału na określonej grupie polskich katolików. Przez część z nich został ochrzczony tak jak Zbigniew Ziobro mianem “szeryfa”. Niestety, bardziej w pamięć zapadnie jako podróbka Chucka Norrisa: Gowin tak jak on nie słucha prawa - to prawo ma słuchać ich obu.
W pełni zgadzam się z Ryszardem Kaliszem: "Minister Gowin (...) na funkcję ministra sprawiedliwości się nie nadaje. Za wszelką cenę chce robić odwrotnie niż mówią ci, którzy na wymiarze sprawiedliwości się znają". Co chwila - tak jak w przypadku nowelizacji ustawy o prokuraturze - wymyśla swoje autorskie projekty i forsuje je wbrew opiniom środowisk prawniczych. Sprzeciw Krajowej Rady Prokuratury buńczucznie komentował: - Na miejscu Krajowej Rady Prokuratury skupiłbym się na usuwaniu przyczyn, dla których ta ustawa musi być znowelizowana i na budowaniu autorytetu tej instytucji. Ten autorytet jest codziennie podważany. Prokuratorzy są od tego, żeby dbać o bezpieczeństwo Polaków, a nie, żeby się wdawać w politykę.
Sam Gowin ustawicznie wdawał się jednak w politykierstwo. Nie widział powodów do delegalizacji struktur Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego, choć te od dawna propagują w Polsce faszyzm. Ich mowę nienawiści i deklaracje, że chcą stworzyć Straż Niepodległości - „siłę, której boją się lewaki i pedały dzięki której zawisną…” zlekceważył tak samo jak prowokowane bijatyki, ataki na przeciwników, funkcjonariuszy policji i niszczenie mienia. Według Gowina to silny ruch „umiarkowanej prawicy”, według opinii politologów to wyraźna chęć przypodobania się Prawu i Sprawiedliwości.
Ponad rok temu zaraz po zasygnalizowaniu działań deregulacyjnych pisałem: zawód prawnika to zawód zaufania publicznego. By takim pozostał musi między innymi podlegać ścisłym regulacjom. Uwolnienie dostępu do szeregu zawodów to krok słuszny. Nauczyciel, rybak morski, urbanista, inżynier górnik, doradca inwestycyjny, asystent dentystyczny, dietetyk to przykłady z liczącej 380 pozycji listy regulowanych obecnie zawodów w Polsce. Deregulacja, o ile będzie konsekwentnie realizowana i ominie kilka grup zawodowych ma szansę stać się sukcesem obecnego rządu. By tak się stało musi ominąć prawników.
Gowin miał inny pogląd. Po ogłoszeniu pierwszych planów resortu, środowisko prawnicze pytało wprost: skąd minister sprawiedliwości bierze przekonanie, że w wyniku deregulacji przybędzie miejsc pracy? Prawnicy z zainteresowaniem przerodzonym szybko w zażenowanie śledzili wypowiedzi Gowina naTemat. Sposób uzasadnień i tryb, w jakim Gowin realizuje założenia swojego flagowego projektu urąga zasadom przyzwoitej legislacji. Jasnym jest, że celem tych działań nie było racjonalizowanie rozwiązań, lecz demagogiczna potrzeba osiągania doraźnych celów politycznych.
Żaden wcześniejszy minister sprawiedliwości nie prezentował takiego chaosu legislacyjnego i niespójności w proponowanych rozwiązaniach. Posunięcia Gowina są albo niekompetentnym błądzeniem albo pochodną potrzeb medialnych. Niewiele z jego działań ma coś wspólnego z realną optymalizacją systemu i tworzeniem dobrego prawa. Gowin w wypowiedziach o deregulacji szafuje ekonomicznymi skutkami, rynkową wartością, obniżkami cen i wszechobecnym zmniejszeniem bezrobocia. Nie dość jednak, że nie pochylił choćby tak jak w przypadku notariuszy nad orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego, które stwierdza, że "notariusz nie jest świadczącym określone usługi prawne wolnym zawodem prawniczym, a raczej szczególnego rodzaju funkcjonariuszem publicznym, powiązanym organizacyjnie z wymiarem sprawiedliwości" (7 lipca 2011 roku) to nawet nie zamówił na potrzeby swojego ministerstwa żadnej analizy w tym obszarze! Skąd zatem czerpał swoją wiedzę? Można o nim napisać wiele dobrego, ale z pewnością nie to, że jego wykształcenie i doświadczenia mają jakikolwiek związek ze stanowieniem prawa. Krakowianin, doktor filozofii, autor kilkuset artykułów filozoficznych i politologicznych, wielu książek na temat kościoła katolickiego w Polsce, redaktor naczelny katolickiego miesięcznika „Znak”.
Przy Gowinie Ministrowie Sprawiedliwości - Profesor Zbigniew Ćwiąkalski i Krzysztof Kwiatkowski, czy Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji/Przewodniczący Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka Ryszard Kalisz to zupełnie inne historie. Żadna z nich nie była dla resortów tak jak w przypadku Gowina historią straconego czasu...
