Niż demograficzny nie może być dla uczelni okazją do obniżania poziomu wymagań stawianych maturzystom, tylko po to, by przyjąć ich na studia jak najwięcej. Przeciwnie! Powinien to być czas podnoszenia jakości kształcenia, lepszego dostosowania oferty studiów do rynku pracy i budowania marki uczelni.
REKLAMA
Za kilka tygodni tegoroczni maturzyści będą podejmować ostateczne decyzje o wyborze wymarzonego kierunku studiów. Dla każdej uczelni od czasu, gdy liczba studentów z blisko dwóch milionów zaczęła szybko topnieć, każdy kandydat jest na wagę złota. Według prognoz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ciągu najbliższych kilku lat liczba studentów na polskich uczelniach może zmaleć nawet do około 1,3 mln osób.
Musimy być świadomi, że spadek ilości studentów nie pozostaje bez wpływu na strukturę szkolnictwa wyższego. Przede wszystkim już teraz zauważalne jest zmniejszanie się grupy osób studiujących na studiach płatnych w publicznych uczelniach. Wiele z nich, tracąc studentów zaocznych i wieczorowych, brakujące dochody z czesnego rekompensowało sobie, zwiększając grono studentów na kierunkach dziennych, finansowanych z budżetu państwa. W efekcie zwiększało to wydatki państwa na szkolnictwo wyższe, ale w żaden sposób nie wpływało na wyższą jakość i wyższy poziom kształcenia. Zdarzały się przypadki, gdy uczelnie przyjmowały kandydatów z przeciętnymi lub nawet słabymi wynikami matur. Jeszcze kilka lat wcześniej nie mieliby oni szans na indeksy w tych samych uczelniach.
Musimy być świadomi, że spadek ilości studentów nie pozostaje bez wpływu na strukturę szkolnictwa wyższego. Przede wszystkim już teraz zauważalne jest zmniejszanie się grupy osób studiujących na studiach płatnych w publicznych uczelniach. Wiele z nich, tracąc studentów zaocznych i wieczorowych, brakujące dochody z czesnego rekompensowało sobie, zwiększając grono studentów na kierunkach dziennych, finansowanych z budżetu państwa. W efekcie zwiększało to wydatki państwa na szkolnictwo wyższe, ale w żaden sposób nie wpływało na wyższą jakość i wyższy poziom kształcenia. Zdarzały się przypadki, gdy uczelnie przyjmowały kandydatów z przeciętnymi lub nawet słabymi wynikami matur. Jeszcze kilka lat wcześniej nie mieliby oni szans na indeksy w tych samych uczelniach.
Każda szkoła wyższa, pamiętając, że kryteria rekrutacyjne w dużym stopniu świadczą o poziomie studiów, musi sobie zatem odpowiedzieć na pytanie - czy przyjmiemy każdego, kto chce studiować na danym kierunku, czy też tylko tych kandydatów, którzy osiągnęli dobre i bardzo dobre wyniki maturalne z przedmiotów, które stanowią bazę do studiowania? Bo nieprzemyślany wzrost liczby studentów na kierunkach dziennych nie jest dobry ani dla poziomu studiów w Polsce, ani dla samych studentów. Trzeba mu wreszcie zaradzić.
I dlatego, gdy Ministerstwo Finansów wprowadzało regułę wydatkową, wywalczyliśmy, by ogólna pula finansowania szkolnictwa wyższego, mimo cięć w wydatkach publicznych i niżu demograficznego, nie zmniejszała się, a rosła (poczynając od 2013 roku).
Jednocześnie wprowadziliśmy zasadę, która pozwoli w rozsądny sposób wyhamować niekontrolowany wzrost liczby studentów, których studia finansuje państwo. Rozwiązanie to w żadnej mierze nie ma wpływu na zmniejszanie ogólnej liczby studentów uczących się dotychczas bezpłatnie. Ba, uwzględnia wzrost tej liczby – jednak nie więcej niż o dwa procent każdego roku (i to nie wymaga zgody ministerstwa). Dopiero gdy uczelnia zechce zwiększyć liczbę studentów powyżej tego limitu, musi swoją decyzję wyczerpująco uzasadnić.
Wprowadzenie tej nowej zasady nie miało na celu ograniczania dostępu do bezpłatnych miejsc na studiach, jak próbują to przedstawiać niektórzy dziennikarze. To po prostu narzędzie, które ma poprawić jakość kształcenia, ograniczyć liczbę studentów na tzw. kierunkach masowych i lepiej dostosować ofertę studiów do potrzeb pracodawców. Nadal uczelnia publiczna będzie mogła więc zwiększać nabór, jeśli prowadzić będzie przemyślaną strategię rekrutacyjną i zagwarantuje studentom nieskrępowany dostęp do wykładowców, przywracając dobre relacje mistrz-uczeń.
Limitowanie naboru na studia w trosce o ich jakość to zresztą nic nowego w szkolnictwie wyższym. Od lat Ministerstwo Zdrowia określa limity przyjęć na kierunkach medycznych, dbając o odpowiednie proporcje między studentami i wykładowcami, a także o to, by grupy studentów nie były nazbyt liczne. Może dlatego jakość studiów medycznych w Polsce jest na świecie oceniania bardzo wysoko, a nasze uczelnie medyczne mają akredytację rządu USA.
W projekcie założeń do nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym utrzymujemy zasadę, aby wzrost liczby studentów nie był większy niż o dwa procent, tylko tym razem liczony w stosunku do ilości przyjętych na studia stacjonarne w poprzednim roku akademickim, a nie w stosunku do ogólnej liczby studentów. Ta zmiana pozwoli uczelniom lepiej odpowiadać na oczekiwania czy zainteresowania kandydatów na studia. I przede wszystkim – mądrze podejmować decyzje o uruchamianiu nowych kierunków studiów i ewentualnym ograniczeniu miejsc na już istniejących.
Dziś nikogo nie trzeba przekonywać, że po masowych kierunkach trudniej znaleźć satysfakcjonujące zatrudnienie, nie mówiąc już o wątpliwych korzyściach z dyplomu, za którym nie stoją wiedza, umiejętności i kompetencje absolwenta. Z bylejakością kształcenia musi się wciąż niestety mierzyć wiele uczelni – i tych państwowych, i tych niepublicznych. Czas niżu demograficznego to dobry moment, by to zrobić. Lepszego na pewno nie będzie.
