To był mój dziewiąty maraton. Na starcie blisko 35 tysięcy biegaczy i niesamowity porządek. Zmora maratończyków, czyli gigantyczne kolejki do depozytu rzeczy przed i po biegu, w Tokio okazała się półminutową przyjemnością.

REKLAMA
Na numerach startowych mieliśmy wydrukowany numer ciężarówki, gdzie oddawaliśmy worki z ubraniami. Ciężarówek było tyle, że obsłużono nas bez czekania. Bez problemu znaleźliśmy też sektor, z którego startowaliśmy. "Powodzenia i do zobaczenia na mecie. Przyjechaliśmy ze Szczecina, ja i mój chłopak. Chcę powalczyć o złamanie 3:30", powiedziała urocza Ilona, nauczycielka, której wpis zobaczyłam poprzedniego dnia na specjalnej tablicy, gdzie maratończycy kreślili swoje życzenia. W slangu biegowym oznacza to: przebiegnę 42km195m poniżej 3 godzin i 30 minut.
Dzielna!
Podczas maratonu biegnie się w tłumie, ale tak naprawdę każdy zmaga się sam ze sobą: własnymi słabościami, kryzysami, bólem kręgosłupa czy mięśni. Z głową, która złośliwie podpowiada: "A może tak przejdziesz kilka kroków zamiast biec?" A potem: "Daj sobie spokój, nie dasz rady". Mam na nią sposób. Ku uciesze moich znajomych biegaczy, odliczam od końca, czyli już po brzebiegnięciu 195 pierwszych metrów mówię sobie: jeszcze tylko 42 km do mety! Potem: "Jeszcze tylko połowa, jedna czwarta, jeszcze trzy kółka w moim parku albo jeszcze tylko tyle, ile trwa mój najkrótszy trening".
To działa, ale organizm i tak się buntuje: nogi najpierw puchną, a potem sztywnieją, jakby były z drewna. Odcinek lędźwiowy kręgosłupa wrzeszczy w niebogłosy: mam doooość! Podczas trasy pytam samą siebie: "I po co się tak męczyć? Nie wystarczy ci joga?".
W Tokio, kiedy padałam już z nóg, usłyszałam rozmowę dwóch maratończyków, którzy biegli obok mnie: "Skąd jeteś? -Z Chicago, a ty? -Z Sydney? - To twój pierwszy maraton? -Nie, 74-ty" - odpowiedział mężczyzna w stroju Supermana.
Nie mogłam się nie uśmiechnąć: facet miał niesamowitą frajdę z biegania, o czym świadczyły nie tylko niebieskie legginsy i czerwona peleryna. I o to w tym wystkim chodzi. I jeszcze o to, żeby na mecie uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć UDAŁO SIĘ! Żeby pokonać ograniczenia własnego ciała. Żeby wbrew oddechowi, który się rwie i nogom, które odmawiają posłuszeństwa, przyspieszyć na widok napisu META. Żeby potem w metrze uśmiechnąć się do nieznajomego maratończyka, który - tak jak ty - nie jest w stanie zejść po schodach. Żeby z dumą popatrzeć na brzęczący na szyi medal. I żeby następnego dnia rano pójść potruchtać do parku.
I kto by zgadł, że to może być takie przyjemne?

PS Ilona, trzymałam kciuki!
PS2 Sebastian, przepraszam, że nie byłam w stanie gadać podczas biegu.
PS3 Paweł, dzięki za narzucanie tempa, no i gratuluję życiówki!
PS4 Kunek, pięknie walczyłeś!
PS5 Aga, kiedyś Cię dogonię!
PS6 Justyna, dasz radę jesienią!