
Nowy Jork, piąta rano. Wyglądam przez okno. Tłumy biegaczy wokół Central Parku. Wokół, bo wejście do środka wciąż zamknięte przez Sandy.
REKLAMA
Huragan opuścił już miasto, tylko worki na ulicach, zalane metro, urwany dźwig i brak prądu przypominają, że tu był. Ostatni trening przed maratonem zrobiłam wczoraj, ale - widząc kolorowy sznur truchtających ludzi - aż chce mi się biegać. Mam odpoczywać, więc... idę na spacer. Mijam grupę uśmiechniętych Włochów. Potem Francuzów. Szwajcarzy biegną ze swoją flagą. Ktoś pędzi, ktoś sunie noga za nogą. Skupieni. Zadowoleni. Rozgadani. Szczęśliwi. Każdy inny. Wszyscy tacy sami. Mają tę samą pasję. I tyle samo kilometrów do pokonania w niedzielę: 42 i 195 metrów. Rozglądam się wokół: wszędzie ogłoszenia o zakazie parkowania w dniu maratonu, kilometry kabli do transmisji telewizyjnych i reklamy z biegaczami. Myślcie, co chcecie, ale wzruszenie ściska mi gardło. Jestem jedną z nich. Jedną z tych, która kolejny raz zmierzy sie z własnymi słabościami. Meta to zawsze zwycięstwo. O, wyszło słońce. Dobry znak!
