
Oficjalnie odwołano ING New York City Marathon 2012, bo miasto nie pozbierało się jeszcze po zniszczeniach, jakie poczyniła Sandy. To był pierwszy odwołany maraton od 1970 roku. Odbył się nawet ten w 2001 roku, dwa miesiące po ataku na World Trade Center. Tegoroczny... też się odbył. Nieoficjalnie. Mimo wszystko.
REKLAMA
Central Park. Niedziela. 4 listopada. Dzień maratonu. 7-ma rano. Tłumy biegaczy w pomarańczowych koszulkach. Rozpoznawalnych z daleka. Maratońskich. Multikolorowa rzeka ludzi wypełniająca parkowe aleje. Nie przyszli tu po medale, splendor, flesze. Przyszli wziąć udział w wielkim, spontanicznym święcie biegania. My (mieliśmy zmierzyć się z maratonem z Maćkiem Kurzajewskim) też. To było oczywiste: idziemy biegać. Dystans: 20km. Nie mieliśmy pojęcia, że będą nas tysiące!
Słońce, park, roześmiani maratończycy, którzy przyszli tu mimo odwołanej imprezy, do której przygotowywali się przez rok. Trybuny dla kibiców jeszcze stoją. Bramki mety też. Wokół tłumy skandujących kibiców. Z chorągiewkami, transparentami, dzwoneczkami. Dopingują jak podczas prawdziwego maratonu: "Go, Tim!!! Looking good!!!". Są tacy, którzy mają dla nas picie, są całe grupy Skandynawów z flagami. Oni krzyczą najgłośniej. Ich maratończycy postanowili przebiec prywatny maraton w Central Parku. Dali słowo, bo za maratoński dystans sponsorzy wpłacą pieniądze na fundację wspierającą chorych na raka. Słowa dotrzymali. Mimo wszystko.
To, co dzieje się przy bramkach z napisem FINISH, trudno opisać. Prawdziwa biegowa fiesta. Zdjęcia, tańce, podskoki, wiwatujący kibice. Aż się nie chce stamtąd ruszać. Aż chce się chłonąć tę atmosferę. Czystą, biegową energię. Radość. Pasję. Marzenia.
Znowu przypomniałam sobie, dlaczego tak kocham biegać...
