
Już jutro kolejna edycja Biegu Niepodległości, w której ponownie wezmę udział jako... Zając. Mój podpieczny, aktor Przemysław Cypryański ma za zadanie pokonać dystans 10km poniżej 40 minut. To jest nasz cel, nad którym pracowaliśmy ostatnie tygodnie. Rok temu również pomagałem Przemkowi i dzięki chytrej taktyce dokonaliśmy niemożliwego. Przenieśmy się wczasie do 11 listopada 2011 roku...
REKLAMA
Tekst oryginalnie pojawił się w serwisie dla biegaczy www.TreningBiegacza.pl
Zygmunt Freud powiedział: „sport jest sublimacją popędu do przyglądania się i tendencji: sadystycznych, ekshibicjonistycznych, homoerotycznych i erotyki ruchowej”. Brzmi jak naukowy bełkot, ale coś w tym jest... Bazując na swoich wieloletnich doświadczeniach i dzisiejszym Biegu Niepodległości utwierdzam się w przekonaniu, że sport to przede wszystkim umiejętność zbratania się z bólem i zapanowania nad własnym, mentalnym bałaganem.
Poddawanie w wątpliwość swoich możliwości, zaśmiecanie swojej głowy myślami: „nie dam rady”, „to chyba nie jest ten dzień”, „trenowałem mocno, ale może nie to wystarczy?”, jest pierwszym krokiem do porażki. I to właśnie ten pierwszy krok odgrywa decydującą rolę w marszu po osiągnięcie swoich celów. Nie wierzysz w siebie? Twój organizm również w Ciebie nie uwierzy. Nie licz też na siły nadprzyrodzone...
W kolejnej edycji Biegu Niepodległości wystąpiłem w innej roli niż zazwyczaj. Tym razem wcieliłem się w rolę prywatnego „zająca”, czy jak kto woli „pacemakera” (makaronizmy są w modzie, nie wiem czy wiecie ale słowo „prezes” powoli odchodzi do lamusa, teraz jest pan CEO - nndaua.*). Początkowo miałem w ogóle nie startować, ze względu na długi okres roztrenowania i powolne wdrażanie się w treningi... Los chciał inaczej. Poproszono mnie abym poprowadził aktora, Przemka Cypryańskiego, któremu bieganie bardzo się spodobało, na czas w okolicach 45 minut (to było jego pierwsze 10km w karierze). Pomyślałem sobie – OK, dlaczego nie? Deklarację czasową Przemka zweryfikowała Dominika Stawczyk (szefowa wszystkich szefów w PUMA Running Poland), która skwitowała plany Przemka w kilku słowach: „45? Przestań. Po Twoich ostatnich treningach jesteś w stanie pobiec w granicach 42.30”. W przeciągu kilku minut poprzeczka powędrowała w górę o dwie i pół minuty, co dla osoby, która trenuje od równo miesiąca może stanowić nie lada wyzwanie. Ale cóż, wyzwanie to wyzwanie... Doszliśmy do punktu kulminacyjnego – dnia startu. Zapytałem Przemka jeszcze raz o jego plany, upewniając się, czy aby na pewno chce pobiec w tempie na 42 minuty. Odpowiedział z lekką niepewnością w głosie, że spełnieniem jego marzeń będzie bieg poniżej 45 minut. Jak sam przyznał, nie wie na co go stać, tym bardziej, że to w końcu jego pierwszy start w życiu. Wiele zależało ode mnie. Mogłem równie dobrze spieprzyć jak i rozegrać taktycznie bieg z precyzją godną najlepszego stratega.
Stwierdziłem, że zaryzykuje (zaryzykowałem za Przemka), inspirując się zdobytą w ostatnim czasie wiedzą nt. psychologii sportu (oczywiście te kilkadziesiąt opracowań naukowych i parę godzin rozmowy z doktorem psychologii sportu to kropla w morzu dostępnej wiedzy, ale wystarczająca, by dojść do wniosku, że psychika i dobre nastawienie to 80% sukcesu). Poprosiłem Przemka, aby nie sugerował się czasem, nie patrzył na zegarek i zdał się tylko na mnie. Postawiłem Przemkowi warunek – zero kalkulacji, zero sugerowania się czasem i pełne zaufanie. Nie musiałem go prosić, aby zdjął zegarek z ręki bo go nie miał... Jego zadanie na ten bieg było proste – po prostu biec za mną i patrzeć na moje plecy. Przyznam się szczerze, że byłem zdenerwowany. Wszystko przez cholerny sprzęt... Nike Sport Watch przez 20 minut wyszukiwał satelitów, by finalnie nie połączyć się z bazą na ziemi. Ktoś nie wydał rozkazu i nie chciał ułatwić mi zadania, aby oszacować mniej więcej tempo biegu za pomocą pomiaru prędkości z GPS. Zdecydowanie mam za mało doświadczenia, aby móc z dokładnością do kilku sekund oszacować swoje tempo. Musiałem zdać się na intuicję i wewnętrzny prędkościomierz, co wyszło na plus. Ruszyliśmy pierwszy kilometr bardzo wolno – 4'35''. Mina Przemka jakby zdawała się mówić: „eee, Mateusz, czy to oby nie za wolno”? Pomimo tego, że takie pytanie z jego ust nie padło, uprzedziłem go i uspokoiłem: „Przemek wszystko jest pod kontrolą, oddychaj głęboko, patrz siebie i skup się na pracy rąk, nie na czasie”. Kiwnął głową...
Po pierwszym wolnym kilometrze minęliśmy kolejna dwa w tempie 4'02''... „Ups” - pomyślałem. Zdawałem sobie sprawę, że podkręciliśmy tempo, ale nie sądziłem, że aż tak wyraźnie. Popatrzyłem na Przemka, który wyglądał na niezmęczonego i powiedziałem: „jest super Przemo, biegniemy zgodnie z złożeniami”. Zaczęliśmy zbierać żniwa rozsądnego początku i powoli wyprzedzaliśmy kolejnych biegaczy. Nic nie wspomniałem o tym, że biegniemy na poniżej 41 minut... Co chwila motywowałem Przemka nudnym zdaniem: „jest dobrze, biegniemy zgodnie z założeniami”. Do piątego kilometra wszystko było pod kontrolą. W każdym razie Przemek nie wyglądał na człowieka, który za niespełna kilometr miałby dyszeć jak parowóz i patrzeć w dół z powodu postępującego odcięcia prądu... „Niedobrze” - pomyślałem. Co najlepiej zrobić w momencie, kiedy mięśnie wyją z bólu, płuca zieją ogniem i w głowie tlą się myśli „już nie mogę!”? Odwrócić uwagę od bólu...
Cały czas wspierając Przemka dobrym słowem, starałem się odciągnąć jego uwagę od kryzysu, wyznaczając kolejne cele: „OK, Przemo, teraz mijamy tego Pana w czerwonym, [...] a teraz tę panią w cytrynowych lycrach...”. Do ósmego kilometra widziałem po twarzy Przemka, że nie jest najlepiej, ale mimo kryzysu tempo cały czas wahało się między 4'00'' a 4'05'' na kilometr. Zdziwiłem się, między bardzo ważnym szóstym a ósmym kilometrem – dwa kilometry pokonaliśmy w tempie 7 minut i 30 sekund!
Przed nami przedostatni kilometr... Wciąż podtrzymuję Przemka na duchu, prosząc go aby skupił wzrok na moich plecach. Jest ciężko, ale utrzymujemy tempo. Prześlizgujemy się przez 9 kilometr i wbiegamy na ostatnie 1000 metrów męczeństwa. Motywuje Przemka: „dawaj człowieku, przed nami biegnie dziewczyna, nie wstyd Ci, że dajesz się wyprzedzić kobiecie”? Zabieg w stylu „wszedłem Ci na psychę”, dał oczekiwane efekty... Przyśpieszyliśmy. Kiedy Przemek z oddali zobaczył metę, co było równoznaczne z końcem katuszy wyraźnie przyśpieszył. Ostatnie koncertowe 500m w czasie 1'50'' dało ostateczny wynik na mecie 40'20'' netto...
Wszystko człowieku, jest w Twojej głowie i nie zdajesz sobie sprawy jak duży potencjał drzemie w każdym, DOSŁOWNIE w każdym z nas. Czasami wystarczy nie myśleć, nie kalkulować, podejść do startu na luzie, dać wodzy fantazji i wykraczać poza założenia. Świat należy do odważnych!
Meta!
Przemek od początku nie zdawał sobie sprawy co knuję... To było oszustwo doskonałe. Czekam z niecierpliwością na moment, kiedy i mnie ktoś z podobną perfidią wpuści w maliny.
nndaua* - nic niewnosząca do artykułu uwaga autora.
