Czy lewica to rzeczywiście nisza i dlaczego doszło do takiego stanu rzeczy? I czy w tych wyborach będzie można to odkręcić.

REKLAMA
Leszek Jażdżewski z "Liberte" twierdzi na łamach "Wyborczej", że lewica w Polsce jako istotny podmiot polityczny kończy się, mimo ogromnej pracy intelektualnej i stałej obecności w dyskursie tematów kluczowych dla socjalistów i socjaldemokratów, takich jak niepewność jutra związana z warunkami zatrudnienia czy klerykalizacja życia publicznego.
logo
Mem Zielonych i ich wizja przywództwa na lewicy. Odmłodzenie, nowe twarze, sojusz ze związkami. Pytanie na ile to realne. Zieloni
Jako przyczynę tego stanu publicysta wskazuje na personalia (albo skompromitowane albo słabe osobowości) oraz fakt, że lewica nie dociera do nowych osób, zamykając się w kilkuprocentowym getcie, obejmującym uniwersytety i niszową prasę.
Zmarnowane 10 lat
Dużo w tym prawdy, choć najważniejszą przyczyną obecnego stanu rzeczy jest fakt, że głównonurtowa lewica już dawno przestała być lewicą. Mimo iż na odbudowę, wpuszczenie świeżego powietrza i zaproponowanie socjaldemokratycznej (albo socjalistycznej, nowolewicowej czy zielonej) opowieści o Polsce miała 10 lat, od kiedy SLD oddało stery rządów.
Tamten okres można zresztą pominąć krótkim smutnym wspomnieniem. Zawłaszczanie państwa rękami powiatowej kadry SLD przy aplauzie Leszka Millera, skutkujące inflacją afer, fascynacja neoliberalnymi propozycjami gospodarczymi (tj. podatek liniowy czy wprowadzenie odpłatności za studia), brak determinacji w forsowaniu jakichkolwiek liberalnych światopoglądowo postulatów. To spuścizna rządów SLD, którą tylko w części równoważy wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej i utrzymanie Polski na drodze wzrostu gospodarczego (choć zrównoważonym rozwojem tego nazwać nie można, owoce wzrostu, jak za wszystkich rządów, były dystrybuowane nierównomiernie).
Jednak 10 lat to był ogrom czasu, podczas, które wszystko można było odkręcić. Tak, aby dziś walczyć o 20-25 proc. Nawet pod starym szyldem. Co tymczasem zaproponował Sojusz? Lewica i Demokraci wyglądali jak projekt starszej (mimo młodych liderów) i bardziej zgranej Platformy-bis. Napieralski zaproponował postpolityczną opowieść, gdzie było miejsce na taniec i śpiew z blondynkami i sojusz z Business Centre Club Goliszewskiego, natomiast zabrakło na wiarygodne propozycje dla rynku pracy, zdrowia publicznego i edukacji. Na listach starych aparatczyków zastąpili młodzi technokraci, którzy okazali się równie nieskuteczni.
Spuścizna po Millerze 2.0.
Jednak to nic w porównaniu z czasem po powrocie Leszka Millera. Obsesyjna obrona własnej polityki i sojuszy międzynarodowych, w tym współpracy wywiadowczej z CIA, która skutkowała powstaniem tajnych więzień, była okraszana przez byłego premiera wątkami islamofobicznymi. W sprawach ukraińskich Miller często stawał po tej stronie co najbardziej prorosyjska mainstremowa partia w Polsce - PSL - insynuując banderowski charakter rządów u naszego sąsiada i odżegnując się od wsparcia. Na krytykę polityki Putina Miller zdobyć się nie potrafił. SLD odrzucało też postulaty dekryminalizacji marihuany i uwolnienia kilku milionów osób od statusu potencjalnych przestępców, a także na liderskie pozycje wysuwało polityków, którzy nie mają pojęcia czym jest lewica.
Apogeum kapitulacji i postpolityczności było wysunięcie dr Magdaleny Ogórek na prezydenta. Był to projekt już u zarania obliczony na walkę o elektorat konserwatywno-liberalny i antysystemowy i to raczej ten przed 25 rokiem. SLD mające umiarkowany, stateczny i rozsądny wizerunek, wystawiło kanydatkę, która chciała pisać prawo od nowa, zwolnić od opowiedzialności karnej młodych aferzystów, była gotowa podpisywać zaostrzenie ustawy aborcyjnej, gdyby zdecydował o tym Sejm. Na dodatek Miller odgrażał się, że jak ktoś nie poprze Pani Magdaleny to nie ma co szukać miejsca na listach lewicy. Skończyło się największą kompromitacją w historii. Mniej niż 3 proc. dla Ogórek, regularne sondazowe 3 proc. SLD zmusiło Sojusz do przyjęcia propozycji związkowców z OPZZ i powrót do lewicowych postulatów i poszerzenia bazy.
Razem: lewica wstanie z popiołów tylko po śmierci SLD
Pytanie czy jest to wykonalne. Wielu twierdzi, że nie, niektórzy dodają, że dobrze, że nie. Partia Razem deklaruje wprost, że lewica odbuduje się dopiero wtedy, gdy SLD dokona swojego żywota.
W sobotę okaże się czy mieli rację. Ile na listach Zjednoczonej Lewicy (którą tworzą SLD, Twój Ruch i Zieloni, a także inne podmioty) będzie zawodowych działaczy, którzy nigdy nie pracowali poza polityką (Miller, Wenderlich, Wontor, Kwiatkowski), a ile postaci, które reprezentują środowiska społeczne, mają zaplecze i pewien dorobek. Na ile porozumienie będzie poszerzeniem bazy, na ile rebrandingiem dwóch głównych podmiotów porozumienia, okraszonym kilkoma znanymi twarzami spoza SLD i TR.
No i kluczowe pytanie czy Polki i Polacy uwierzą, że mówi lewicą, nie tylko podczas kampanii wyborczej, ale jest gotowe prowadzić lewicową politykę.
Po raz pierwszy wydaje się, że będzie alternatywa na lewo od SLD. Razem idzie do wyborów z socjaldemokratycznym elementarzem (praca, sprzeciw wobec przywilejów dla wielkiego kapitału, bezpieczeństwo socjalne, zdrowie, sprawiedliwe podatki i uczciwa redystrybucja dochodu narodowego), przyciąga nowe osoby, bez politycznego otrzaskania, ale też młodzieżówkowych obciążeń. Twierdzi, że zbierze podpisy i zarejestruje listy. I choć powstanie partii, której medialnymi twarzami są Zandberg, Konieczny, Zawisza, Paprota i Baran (czyli ludzie, których mało kto kojarzy, co wcale nie musi być obciążeniem) zostało zapoczątkowane przez apel ws. wspólnego startu lewicy społecznej, dziś wydaje się, że Razem pójdzie do wyborów albo samodzielnie, albo z Zielonymi. Piotr Ikonowicz postawił na wątpliwy sojusz z resztkami Samoobrony, zagospodarowanymi przez Sławomira Izdebskiego. Zieloni (w których działało wielu późniejszych Razemowców) natomiast zważą czy lepszy dla nich real-polityczny start w szerokiej koalicji z partiami parlamentarnej lewicy czy trudna logistycznie i organizacyjnie koalicja z nową partią.
Polska bez lewicy to złe państwo
Odpowiedzi czy lewica to już tylko nisza jeszcze nie znamy. Osobiście wierzę, że po poszukiwaniu reprezentacji buntu i wkurzenia, co widzieliśmy w wyborach prezydenckich, przyjdzie czas na nadanie temu protestowi treści. A badania pokazują, że Polki i Polacy chcą sprawiedliwszej redystrybucji dochodu narodowego, większych środków na edukację i służbę zdrowia i solidnych, regularnie wypłacanych, uczciwych wynagrodzeń.
I liberałowie, ani w wydaniu populistycznym ani oświeconym tego im nie załatwią.