O Christianie Daviesie jedno wiadomo na pewno. Nigdy nie należał do PO. Nie reprezentuje też coraz liczniejszego grona Polaków „gorszego sortu”. Nie jest komunistą ani – zapewne – złodziejem. (Wątpliwości można mieć tylko co do weganizmu i „cyklizmu”).

REKLAMA
Davies jest bowiem Brytyjczykiem (mieszka w Oxfordzie i w Krakowie), dziennikarzem piszącym dla brytyjskiego „Guardiana” i wpływowego amerykańskiego magazynu opinii – „ Foreign Policy”. Fakt – Christian może znać ministra Sikorskiego, bo przez rok (2009- 2010) pracował dla polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Sprawy Polski są mu zresztą bliskie ze względów – by tak rzec – rodzinnych, jest bowiem synem Normana Daviesa, którego chyba nie trzeba w Polsce nikomu przedstawiać. Niemniej, jako obywatel Wielkiej Brytanii, nie ma żadnego osobistego interesu, żeby pisząc o Polsce używać argumentów jakimi na co dzień posługują się , w mowie i piśmie, „wszyscy wrogowie dobrej zmiany”.
Bezinteresowna niechęć do Prawa i Sprawiedliwości jest chyba jednak niektórym ludziom właściwa niejako „z natury” . Bo w opublikowanym w niedzielę tekście „The Ghosts of Smolensk” już w podtytule Davies nie zostawia żadnych złudzeń co do swoich nieprawomyślnych intencji. Od razu zapowiada, że będzie to relacja o tym, jak „the divisive legacy of late president Lech Kaczynski still poisons Poland’s politics” (jak konfrontacyjna prezydentura Lecha Kaczyńskiego zainicjowała podziały polityczne, które do dziś zatruwają życie współczesnej Polski: The Ghosts of Smolensk. How the divisive legacy of late President Lech Kaczynski still poisons Poland’s politics.)
Christian Davies, jako Brytyjczyk piszący dla Amerykanów, nie ryzykuje automatycznego wykluczenia ze wspólnoty „prawdziwych Polaków” ani przymusowego kursu z zadawania właściwych pytań na medialnej uczelni ojca Rydzyka. Toteż już w pierwszym akapicie wyznaje, że nie jest zwolennikiem tezy o smoleńskim zamachu. Jest za to zdania, że to tragiczne zdarzenie zostało wykorzystane dla korzyści politycznych i wciąż jest narzędziem uprawiania polityki w Polsce.
I tym swoim przeświadczeniem chętnie dzieli się z czytelnikami z Ameryki.
Mało, że Davies powątpiewa w zamach. Od razu, na samym wstępie, sugeruje, czyja to może być konkretnie wina. I – wbrew aktualnej narracji przywódców politycznych and Wisłą – jego zdaniem nie jest to, bynajmniej „wina Tuska”.
Czyja, w takim razie?
Nie ma w tekście wskazywania palcem. Autor przypomina za to okoliczności pierwszego spotkania, do którego doszło, na rok przed katastrofą , między prezydentem a pilotem feralnego lotu, Arkadiuszem Protasiukiem. Był on – mianowicie – drugim pilotem podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego w Gruzji , w trakcie konfliktu z Rosją w 2008 roku, kiedy to pierwszy pilot odmówił wykonania ryzykownego lotu do Tbilisi.
Ta odpowiedzialna decyzja kapitana samolotu została przez prezydenta przykładnie ukarana. Już na pokładzie pułkownik Grzegorz Pietruczuk został oskarżony o tchórzostwo i niesubordynację, które to zarzuty powtórzono potem w Sejmie. Zaszczuty pilot odszedł ze służby, a potem długo leczył się z depresji. Ale przynajmniej ocalił życie. Swoje, i pewnie wszystkich, którzy byli z nim wtedy na pokładzie.
Major Protasiuk był świadkiem tamtych wypadków. A potem przyszło mu pilotować wykonywany w wyjątkowo trudnych warunkach lot do Smoleńska.
Dziennikarz nie pisze wprost o czyjejś osobistej odpowiedzialności co do decyzji o straceńczym lądowaniu, ani o bezpośredniej presji na pilotów, niemniej wspomina o ustaleniach śledztwa, z których wynika, że w kokpicie, prawdopodobnie aż do momentu katastrofy, znajdowały się dodatkowe osoby. A z treść rozmów zachowanych na rejestratorach świadczy, iż załoga była jednak „motywowana” do kontynuacji lotu.
Potem robi się jeszcze ciekawiej, bo Davies analizuje cechy i skutki prezydentury Lecha Kaczyńskiego dla ówczesnej polskiej polityki, i ten bilans nie wypada wcale korzystnie dla zmarłego prezydenta. Z owych wyczerpujących analiz wynika, że teza o zamachu nie da się obronić nie tylko na poziomie dowodów materialnych. Bo zamach – gdyby go nawet hipotetycznie brać pod uwagę – nie miał motywu!
Christian Davies starannie porządkuje polityczne koncepcje, ale przede wszystkim działania prezydenta Kaczyńskiego, z których wyłania się obraz prezydentury – nazwijmy to – takiej sobie, zupełnie nieprzystającej do lansowanej przy okazji kolejnych „rocznic smoleńskich” tezy PiS-u o „pozbawieniu Polski przywództwa, które wiodło ją ku niepodległości”.
Autor przypomina kompetencyjne spory prezydenta z premierem Tuskiem, problemy, jakie w skutek prezydenckich „akcji dyplomatycznych” musiała rozwiązywać strona rządowa i konflikty i napięcia, narastające z tego powodu w polskiej polityce międzynarodowej. Mówiąc inaczej, Christian Davies sugeruje, że postawa prezydenta nie tyle wzmacniała, ile komplikowała nasze relacje ze światem. Autor przypomina też okoliczności delegacji smoleńskiej Lecha Kaczyńskiego, przygotowanej w kontrze do wizyty Tusk-Putin w Katyniu, sugerując, że za smoleńskim lotem prezydenta krył się zamiar ujęcia premierowi części zasług . Wszak to wtedy padły historyczne przeprosiny przywódcy Rosji za zbrodnię katyńską.
Davies pisze też (co zresztą nie pozostawia żadnych wątpliwości), że Lech Kaczyński miał też – od Katynia właśnie – rozpocząć swoją spóźnioną kampanię prezydencką, w której nie miał raczej szans na wygraną.
We wszystkich aspektach „teorii zamachu” dziennikarz „Foreign Policy” podejmuje więc „narrację Platformy”.
Davies pisze wprost, że o ile zapewne nigdy nie dowiemy się, czy bezpośrednią przyczyną smoleńskiej tragedii były naciski na pilotów, to możemy z dużym prawdopodobieństwem założyć, że Lech Kaczyński raczej nie wygrałby kolejnych wyborów prezydenckich.
Z tekstu wynika więc – choć autor nigdzie nie napisał tego wprost – że wprawdzie katastrofa odebrała prezydentowi życie, ale jednocześnie – usilnym staraniem Prawa i Sprawiedliwości – pozwoliła otoczyć go kultem i uczynić narodowym bohaterem, a dla samej partii stała się sposobem na zdobycie władzy. Mówiąc inaczej – „religia smoleńska” to i wtedy i dzisiaj poręczne narzędzie uprawiania polityki.
Zdaniem autora tekstu dla amerykańskiego magazynu, uprawiając i podsycając „kult smoleński” Prawo i Sprawiedliwość „wykorzystuje pamięć o zmarłym prezydencie i – zdecydowanie przeceniając jego dokonania – usiłuje zrewidować historię, żeby zapewnić sobie pretekst do zawłaszczania demokratycznych instytucji państwa”.
Teraz trzeba więc pilnie znaleźć człowieka „gorszego sortu”, który doniósł na nas do „Foreign Policy”. A potem mu przykładnie wybaczyć (no ale najpierw wyznanie win i kara).
Ale co z pismakami z Zachodu, którzy wyraźnie nie doceniają wysiłków PiS-u w budowie kultu smoleńskiego?
Generalnie, to pisanie o Polsce trzeba by chyba zacząć licencjonować, wcześniej sprawdzając, czy nauczyli się wszystkich właściwych pytań, które wolno zadawać.
Tak czy inaczej – jak sugeruje w zakończeniu tekstu Christiana Daviesa – ofiary Smoleńska wciąż mają do wypełnienia ważną misję polityczną. W związku z czym jeszcze długo nie zaznają spokoju.