Jakub Prószyński
Jakub Prószyński fot: Teodor Klepczyński

Nigdy nie miałem potrzeby walczenia z własnymi słabościami. Co więcej, uważam się za leniucha i śpiocha oraz osobę bardzo zdezorganizowaną. Wolę czasami coś przełożyć na jutro, uciąć drzemkę. I to poskutkowało niestety tatusiowym mięśniem piwnym w wieku dwudziestu pięciu lat. Postanowiłem w końcu coś z tym zrobić.

REKLAMA
Dobrze, nie do końca ja sam, bo z pomocą przyszedł Paweł Lipiec, który zapytał, czy chciałbym wziąć udział w jakiejś akcji przygotowującej blogerów do biegania na jakiś dłuższy dystans. Powiedziałem „tak”, bo już poważnie zaczynałem myśleć nad tym, że trzeba tę moją kondycję ratować póki jeszcze minimalnie zipie, a zanim stanę się podobny gabarytami do wojowników sumo (tylko niższy). Zgodziłem się, nie minęły chyba dwa tygodnie i okazało się, że PZU szykuje coś podobnego. Półtora roku przygotowania do maratonu...
No właśnie, jak spadać to z wysokiego konia. Tak jak napisałem na początku celem mojego przystąpienia do akcji nie było walczenie ze swoimi granicami. To raczej poszukiwanie nowych dróg. Zrobienie czegoś, co nie jest powiązane stricte z moją pracą, a również przyniesie satysfakcję. Poza tym do biegania skłoniły mnie opinie znajomych, którzy dzięki treningom nie tylko mają więcej energii, ale też lepiej organizują sobie czas. Po prostu jestem pragmatykiem i potrzebuję czegoś takiego, a wiadomo, że kawa całego powera nie da.
To jednak powody poboczne, drugorzędne. Najważniejsze było zdrowie, bo coś jest nie tak, jeśli młody człowiek czuje się ociężały, zmulony. Po badaniach okazało się, że w sumie to mi nic nie jest, owszem, jest trochę tłuszczyku, ale tak naprawdę wszystko w normie. To mnie uspokoiło, serio. Jak dojdzie jeszcze dieta, to w końcu zacznę się odżywiać jak człowiek. Przy moim trybie pracy jednak przyda się bodziec, żeby ruszyć się z krzesła i zaczerpnąć trochę tlenu.
#biegajnazdrowie dodatkowo jest pod tym względem genialne, że zarówno trener jak i reszta drużyny motywują, cały czas wiercą dziurę w brzuchu, prawie nad człowiekiem z batem stoją. Ja potrzebuję właśnie takiej motywacji, żeby ktoś nade mną stał i, wybaczcie kolokwializm, upierdliwie przypominał, że jest trening do zrobienia. Sam mam zbyt słomiany zapał, a tu już minęły trzy tygodnie biegania i walczę dalej. Zakwasy, mięśnie bolą, ale teraz już jednak doszła ambicja, że trzeba sprostać programowi treningowemu. Nie mogę jeszcze powiedzieć, że kocham biegać, ale jest coraz lepiej, pierwszy kryzys pokonany.