O autorze
Drużyna blogerów to dwie kobiety i dwóch mężczyzn, których łączy zamiłowanie do nowoczesnych form komunikacji w Internecie oraz odwaga do podejmowania wyzwań. W jej skład wchodzą:

Maja Sieńkowska – dziewczyna wiecznie zaczytana, co udowadnia na swoim blogu, gdzie pisze o literaturze. Teraz tradycyjne książki postanowiła odstawić na półkę i skorzystać z oferty audiobooków, które umilą jej treningi.

Dorota Nowacka i Jakub Prószyński – to para, nie tylko w realu, ale i w wirtualu. Poznali się dzięki blogom, teraz jeden prowadzą razem, o PR-rze, social media i marketingu. I postanowili sprawdzić, czy w sporcie też sprawdzą się jako para.

Paweł Lipiec – w zakładce „o mnie” na swoim blogu pisze, że lubi konkret, który rozumie jako coś namacalnego. Ciekawe, czy właśnie dlatego zdecydował się podjąć nasze bardzo konkretne zadanie i wziąć udział w programie biegowym?

Iwona Stepajtis - Zakręcona na punkcie zwierząt, dlatego też prowadzi bloga o swoim psie i jego przygodach. Ma wiele zainteresowań, do których ostatnio z uśmiechem dopisała bieganie.

Maja Sieńkowska: Bieganie w deszczu jest jak orgazm

Zrozumie tylko ten, kto choć raz to poczuł. A kto raz poczuł, będzie już zawsze dążył do powtórzeń, bo to oczyszcza. Porządkuje myśli, wyrzuca śmieci, robi przestrzeń.



Jest sobota. Cały tydzień marzyłam o tym, że wreszcie odpocznę, co jakiś czas zmieniając tylko perspektywę, z której będę oglądała nowy odcinek ulubionego serialu, zjadając co cztery godziny posiłki z planu dietetycznego. W sobotę są owoce, więc jest dobrze, akurat do serialu. Do tego planu idealnie pasuje aura za oknem. Od rana leje, a ja kontempluję spadające krople deszczu, myśląc, że trening zrobię, gdy przestanie padać. Ale mija godzina za godziną i wcale nie zanosi się na to, by sytuacja miała ulec poprawie. Więc jeszcze przed kolacją, ale już po podwieczorku, podejmuję tę trudną decyzję: „Idę biegać”. Jest 21:00, jest ciemno, nie jest ciepło, ale mam na to sposób. Nie myślę, nie wyobrażam sobie. Mam to zrobić, więc robię. Ubieram się. Nie, to nie będzie poradnik, jak najlepiej ubrać się do biegania w deszczu. To w ogóle nie będzie poradnik. Chcę tylko wyjaśnić, czemu bieganie w deszczu może być lepsze od orgazmu.


No więc jestem już ubrana. Wychodzę. Mała rozgrzewka. Pierwsze krople na twarzy, jeszcze kilka tych głupich myśli, że może zaraz przestanie, że kto to w ogóle tak urządził. Ułamki sekund i już ich nie ma. Myśli, nie kropel. Te drugie coraz szybciej i mocniej moczą mi włosy i ubranie. Ja biegnę, one na mnie lecą. Po kilku chwilach wydaje mi się, że wyrównujemy tempo i jesteśmy duetem idealnym. Uśmiecham się. Patrzę na przemykających gdzieniegdzie, skulonych ludzi. Niektórzy patrzą na mnie jak na wariatkę. Leje, a ta biega i jeszcze się cieszy. Myślę, że to szkoda, że nie mogę im powiedzieć, żeby zamknęli parasole i poczuli krople na twarzy. Może się domyślą.


Deszcz pada coraz mocniej, coraz bardziej zaciekle. W słuchawkach akurat Bring Me The Horizon. Pasuje idealnie. Zaczyna się taka ulewa, że nie mogę już biec z otwartymi oczami. Z każdym zachłannym oddechem czuję na języku kilka kropel. Przypadkiem odkrywam, że gdy będę patrzyła do góry, a nie przed siebie, to deszcz nie będzie padał mi prosto w oczy. Bez skrupułów wskakuję w największe kałuże, rozbryzgując wodę naokoło. Jak w dzieciństwie. Nie wiem, jak wtedy wyglądałam. Wiem, że przez dobre kilkanaście minut byłam w niebie. Kilkanaście minut. Mieliście kiedyś taki długi orgazm? A ja czuję, że mam to tylko dla siebie. Nie wiem, których emocji się chwycić, bo wszystkie ożywają naraz, pulsują. Wirują mi w głowie, pod skórą, w całym ciele. Trudno to znieść bez reakcji. Nie wiem czy mam się cieszyć, czy płakać. Próbuję to jakość pogodzić, więc śmieję się przez łzy. Nie wiadomo już które krople są z nieba, a które wypływają ze mnie. W trakcie tych chwil naprawdę wydaje mi się, że jesteśmy jednością, że jestem w deszczu i jestem deszczem. Myślę, że to mogło wyglądać podobnie do romantycznej sceny w jakimś amerykańskim filmie. Tylko rzeczywistość lepiej napisała scenariusz, bo byłam tylko ja. Nie musiałam się dzielić. Takich uczuć nie da się dzielić. Są pierwotne i zapisane w człowieku. Wszystkie słowa spłaszczają głębię stanu. Narażają na śmieszność. Zrozumie tylko ten, kto choć raz to poczuł. A kto raz poczuł, będzie już zawsze dążył do powtórzeń, bo to oczyszcza. Porządkuje myśli, wyrzuca śmieci, robi przestrzeń. Przypominasz sobie: ważne jest tylko, że jesteś, że czujesz. Reszta nie ma znaczenia.

Już kiedyś płakałam w deszczu. Środek lata w Bieszczadach. Nie było zasięgu, więc przez tydzień miałam wyłączony telefon, nie było właściwie niczego poza strumieniem, namiotem i kuchnią na drewno w bazie namiotowej. Niby nie było niczego, a miałam wszystko. Nagle spadł letni deszcz, który zamienił się w ulewę. Wszyscy się pochowali, a ja stałam i patrzyłam na góry w deszczu. Pierwotne, proste szczęście wylewało się ze mnie łzami.


Tęskniłam do tego stanu. Po dwóch latach odnalazłam go w bieganiu.