
Gdybym miała kiedyś napisać autobiografię, mogłabym ją zatytułować: "Odchudzanie na okrągło". Sięgając pamięcią wstecz, widzę powtarzalny, regularny cykl złożony z dwóch etapów: objadanie się i odchudzanie. Uwielbiam jeść i uwielbiam być szczupła. Taki zestaw raczej nie będzie ze sobą współgrał, chyba, że ma się dobre geny. Niestety, mnie się nie trafiły. Dlatego przez całe życie nie mogłam zdecydować, co lubię bardziej, i skutki tego niezdecydowania widać było w moim wyglądzie. Na szczęście nigdy nie doprowadziłam się do stanu otyłości, co świadczy, że jednak jakiś instynkt samozachowawczy posiadam. Przy każdym odchudzaniu towarzyszyła mi aktywność fizyczna, lecz z dietą było gorzej, bo zaczynałam drastycznie mało jeść.
Program trwa już 3 miesiące, a moi znajomi wciąż nie mogą wyjść z podziwu, jak bardzo zmieniła się moja sylwetka. Ja się już powoli do niej przyzwyczajam i nie wyobrażam sobie, by mogła być inna. Nie straciłam wiele kilogramów, ale skład mojego ciała znacząco się zmienił. Taki rodzaj cudu: tłuszcz zamienił się w mięśnie. Szczególnie te na udach wyczuwam już bez napinania. Uwierzcie, bardzo miłe uczucie. Zmora współczesnych kobiet, czyli nasz wróg – cellulit – też sukcesywnie odchodzi w zapomnienie. Czekam na dzień, kiedy całkiem się rozstaniemy.
