Maja Sieńkowska
Maja Sieńkowska fot: Teodor Klepczyński

Gdybym miała kiedyś napisać autobiografię, mogłabym ją zatytułować: "Odchudzanie na okrągło". Sięgając pamięcią wstecz, widzę powtarzalny, regularny cykl złożony z dwóch etapów: objadanie się i odchudzanie. Uwielbiam jeść i uwielbiam być szczupła. Taki zestaw raczej nie będzie ze sobą współgrał, chyba, że ma się dobre geny. Niestety, mnie się nie trafiły. Dlatego przez całe życie nie mogłam zdecydować, co lubię bardziej, i skutki tego niezdecydowania widać było w moim wyglądzie. Na szczęście nigdy nie doprowadziłam się do stanu otyłości, co świadczy, że jednak jakiś instynkt samozachowawczy posiadam. Przy każdym odchudzaniu towarzyszyła mi aktywność fizyczna, lecz z dietą było gorzej, bo zaczynałam drastycznie mało jeść.

REKLAMA
Dopiero niedawno zrozumiałam, że nie tędy droga, że nie ma sensu serwować organizmowi takiej huśtawki, bo kto chciałby to znosić. We wszystkich dziedzinach życia wyznaję zasadę równowagi. Bardzo szybko zauważam, gdy szala przechyla się niebezpiecznie w jedną stronę i staram się przywrócić ją na właściwe miejsce. W temacie diety i regularnych treningów trudno mi jednak było wymierzyć stan idealny i albo się zamęczałam, albo nie robiłam zupełnie nic. Być może znacie taki scenariusz? Mnie pomogło wsparcie sztabu treningowego programu „Biegaj na zdrowie z PZU”. Grzegorz układa mi treningi dostosowane do moich możliwości, radzi, kiedy pojawiają się jakieś niepokojące sygnały. Pani Justyna dobiera moją dietę tak, by znalazły się w niej produkty smaczne i zdrowe, a co najważniejsze, takie, które lubię. W środy jem nawet pizzę! A nad bezpieczeństwem mojego ciała czuwa pani Ania, fizjoterapeutka. Całkowicie oddałam się w ręce tych ludzi, bo dla nich to chleb powszedni, a mnie do tej pory niezbyt dobrze wychodziło prowadzenie zdrowego trybu życia.
logo

Program trwa już 3 miesiące, a moi znajomi wciąż nie mogą wyjść z podziwu, jak bardzo zmieniła się moja sylwetka. Ja się już powoli do niej przyzwyczajam i nie wyobrażam sobie, by mogła być inna. Nie straciłam wiele kilogramów, ale skład mojego ciała znacząco się zmienił. Taki rodzaj cudu: tłuszcz zamienił się w mięśnie. Szczególnie te na udach wyczuwam już bez napinania. Uwierzcie, bardzo miłe uczucie. Zmora współczesnych kobiet, czyli nasz wróg – cellulit – też sukcesywnie odchodzi w zapomnienie. Czekam na dzień, kiedy całkiem się rozstaniemy.
Moją zamianę zauważa też największy krytyk, jakiego znam – moja młodsza o trzy lata siostra, która w naszej rodzinie od zawsze ma tytuł najszczuplejszego człowieka. Jej się trafiły te lepsze geny. Je dużo i niekoniecznie dietetycznie, a wciąż ma figurę modelki. Jakiś czas temu stanęłyśmy razem przy lustrze i Magda powiedziała do mnie: „Maja, może ty już nie chudnij, bo będziesz taka jak ja”. Wystraszyła się, że po ponad dwudziestu latach odbiorę jej honorowy tytuł. Oczywiście, piszę to trochę żartobliwie, bo mamy inne budowy ciała i nie mam złudzeń, że będę miała figurę modelki, ale to była dość zabawna sytuacja.
Jest tak, jak napisałam wcześniej: lubię być szczupła. Po prostu czuję się wtedy najlepiej. Czuję, że nadprogramowy tłuszcz to jedna z oznak mojej gorszej formy, nie tylko fizycznej, ale i psychicznej. Dzięki regularnym treningom i rutynie udaje mi się utrzymać w życiu coś stałego, niezmiennego, co stanowi podporę, kiedy inne rzeczy się nie udają czy zmieniają. Zmiana wyglądu wpływa też na lepsze samopoczucie i lepsze odbieranie własnego ciała, a także akceptację tego, czego zmienić nie mogę.
logo